czwartek, 2 października 2014

Chewsuretia


Po wielu latach jeżdżenia do Gruzji, wreszcie zawędrowałem do Chewsuretii – regionu na Wysokim Kaukazie, sąsiadującego z równie dziką Tuszetią. Droga jest lepsza niż do tej ostatniej, szersza a co za tym idzie bardziej bezpieczna. Ale to nie znaczy, że nie stoją przy niej kapliczki upamiętniające tych, którzy na tej drodze zginęli. Szatili, będące „stolicą” regionu jest bardzo ciekawym miejscem, ze swoimi wieżami mieszkalno – obronnymi a raczej z cała twierdzą, która kiedyś skutecznie opierała się najeźdźcom, głównie Czeczenom.






Robi wrażenie. Odległe o ok. 40 minut jazdy Muco, to już co prawda wymarłe ale robiące wrażenie miejsce. Obecnie poddawane jest renowacji. Po między tymi miejscami gdy jedziemy drogą, zbliżamy się niebezpiecznie do granicy z Czeczenią. Na wzgórzu, niedaleko możemy zobaczyć rosyjski posterunek graniczny z rosyjską flagą na maszcie. Kiedyś, za czasów Związku Radzieckiego do Czeczenii z Chewsuretii prowadziła droga szutrowa, dziś zamknięta szlabanem z tabliczką zabraniającą wstępu. Przebywać tam mogą jedynie gruzińscy pogranicznicy, których zresztą widzieliśmy.


Muco


Dalej już tylko Czeczenia...

Posterunek rosyjskich pograniczników po czeczeńskiej stronie granicy

Ciekawa kraina, mająca swoją mitologię, literaturę, surowe tradycje i nie tylko.
Siedziałem wiec sobie na werandzie naszej kwatery, mimo dojmującego wrześniowo – październikowego zimna. Opatuliłem się moją czarną przeciwdeszczówką, ubrałem na głowę kaptur ale przede wszystkim raczyłem się 70% procentową czaczą. Do tego muzyczka z mp3 w telefonie, gwiazdy na niebie i byłem przez chwilę w raju. A potem spokojny sen do rana w dresie i polarze pod kołdrą i dwoma kocami – temperatura na zewnątrz nie różniła się jakoś znacznie od tej w pomieszczeniu. Na pewno w przyszłym roku chcę tam jeszcze wrócić.

wtorek, 23 września 2014

Świat się skurczył


Zawsze gdy wracam z Gruzji do Polski to myślę sobie, jak bardzo zmalał ten świat. Wsiadasz w samolot i po trzech godzinach jesteś tysiące kilometrów dalej. W dobie otwartych granic, paszportów a nawet podróżowania tylko z dowodem osobistym , jest to swego rodzaju fenomen jeszcze dla naszych rodziców. Loty z Gruzji są zwykle w nocy lub nad ranem więc lądując np. w Katowicach mam jeszcze cały dzień przed sobą. Często jest tak, że nie wytrzeźwiałem jeszcze po pożegnalnej imprezie u naszych przyjaciół w Kutaisi lub w Tbilisi a już po południu albo wieczorem moi polscy przyjaciele ciągnął mnie na piwo albo wódkę. Podobnie lecąc któregoś razu Lufthansą z Tbilisi przez Monachium, wylądowałem w Krakowie jeszcze lekko wstawiony.


Nie o piciu jednak miało być a o lataniu. W dobie tanich linii, gdy już nawet do mojej Gruzji lata wizzair, czasem wystarczy naprawdę niewielka kwota aby ustrzelić fajną cenę za przelot. I po kilku godzinach być u celu.


Kiedyś, wracając z Krymu okazało się, że nie ma za cholerę biletów na pociąg do Lwowa, kupiliśmy więc do Kijowa a z niego na szybko samolot do Krakowa – czasu za wiele nie mieliśmy. Żeby nie było tak prosto na lotnisku okazało się, że połączono lot Kijów – Kraków z lotem Kijów – Warszawa i podstawiono większy samolot. Dzięki temu miałem okazję przelecieć się nowym dzieckiem wschodniej awiacji – AN-148 i to w dodatku w klasie biznes – tam po zmianie maszyny wypadały nasze bilety. Za to innym razem samolot do Kijowa spóźnił się o sześć godzin…

 

Teraz, wracając z urlopu z Czarnogóry, czekała mnie dość ciekawa kombinacja – znajomi podrzucili mnie samochodem do Sarajewa, z którego przez Istambuł miałem się dostać do Tbilisi – po prostu nie było za bardzo czasu i sensu wracać do Polski i dosłownie na drugi dzień lecieć z Katowic do Kutaisi. Kombinacja trochę karkołomna ale czemu miała by się nie udać.


Ot no i skurczył się ten świat strasznie. Przybyła pieczątka w paszporcie z lotniska w Sarajewie, które jest jeszcze mniejsze od naszych Balic przed rozbudową. W Istambule trochę zamieszania z przesiadką ale w sumie nie był to zły pomysł aby z urlopu wracać do Gruzji z Sarajewa ;-)

poniedziałek, 22 września 2014

Tramwajem przez Sarajewo


Nawet jeśli jest to tylko wyuczony chwyt marketingowy, to mimo wszystko jest to bardzo miłe gdy po tygodniu znów zaparkowaliśmy pod przydrożną restauracją na wlotówce do Sarajewa, a kelner poznając nas a może bardziej samochód na polskich blachach, przywitał nas jak swoich, wskazując od razu, że ma dla nas dobry stolik. My jednak nie od razu zasiedliśmy do jedzenia, najpierw poszliśmy się zameldować w hotelu, którego częścią jest wspomniana restauracja. Hotelik ** częściowo po remoncie, na jedną czy dwie noce wystarczający. Przy tym obsługa jest bardzo miła i wyraźnie się stara. Zaś wspomniana restauracja serwuje dobre jedzenie i jest dość przytulnym miejscem.
http://hotelsuljovic.com/


Reszta ekipy pojechała do Polski, ja zaś zostałem w Sarajewie jeszcze jeden dzień, wylatywałem potem do pracy na wschód. Byłem w tym mieście wcześniej już dwukrotnie i w sumie nie miałem zamiaru go ponownie zwiedzać ale wyszedłem się przejść ulicą, przy której był mój hotel i skojarzyłem, że wiadukt, który widzę znajduje się nad słynna aleją snajperów. Mimo, że do centrum było daleko nie miałem już żadnych problemów aby tam dotrzeć tramwajem. Bilet u motorniczego za 1,80 KM i już przechadzam się po Ferhadji a potem po zabytkowej dzielnicy muzułmańskiej. W centrum prawie nie znać już śladów wojny, jednak już kawałek za ścisłym śródmieściem nadal można oglądać postrzelane domy. Czy Sarajewo odzyska swój dawny multikulturowy charakter? Chyba jednak nie, ślady przebiegające w ludzkich duszach i w pamięci są zbyt głębokie i bolesne… Choć może po latach, gdy dorośnie nowe pokolenie będzie na to szansa.

Starsi panowie grający sobie w szachy w niedzielne przedpołudnie w samym sercu Sarajewa. Obok prawosławna cerkiew, niedaleko katolicka katedra a wokół meczety. Taki klimat

piątek, 19 września 2014

Demony Isakowicza- Zaleskiego


To zupełnie nieprawdopodobne z jaką zajadłością Isakowicz – Zaleski atakuje niepodległą Ukrainę oraz chcących godnie żyć Ukraińców! Niedopuszczalny język jak z kremlowskiej telewizji propagandowej czyni go na szczęście zupełnie niewiarygodnym, przynajmniej dla myślącej części naszego społeczeństwa. Gorzej z tą mniej myślącą, podatną na propagandę, której, przeglądając Internet, jak się okazuje nie brakuje. Straszenie Polaków jakimiś wymysłami, że Ukraińcy przyjdą nam odebrać Przemyśl jest co najmniej nieodpowiedzialne a przede wszystkim niesmaczne. Wywodzenie się ze społeczności kresowej w niczym nie upoważnia tego „księdza” do wypowiadania takich bzdur! Zwłaszcza gdy ukraińscy obywatele polskiego pochodzenia ginęli na Majdanie (potwierdzony przynajmniej jeden zgon, inne źródła mówią o dwóch) i gdy dziś giną służąc w siłach ukraińskich wałczących z rosyjskim najeźdźcą.

Co ciekawe ten „ksiądz” w kwietniu 2010 roku uczestniczył w konferencji w Kijowie gdzie zasiadał obok osób gloryfikujących Stalina, kontaktował się też z niejakim Kolesnikowem – deputowanym z Partii Regionów Janukowycza, który był autorem haniebnej ustawy językowej umożliwiającej zamykanie ukraińskich szkół, który był dwukrotnie odznaczany na Kremlu przez samego Putina i który w Dzień Zwycięstwa 9 maja zwykł paradować w mundurze kapitana NKWD! To mu jakoś nie przeszkadza! Isakowicz – Zaleski z radością udzielał też wywiadów kremlowskiej telewizji Russia Today, będącej jedną z głównych tub propagandowych Kremla, także w czasie rewolucji na Majdanie.

Zastanawia fakt, że poglądy tego człowieka są tak chętnie cytowane przez poważne i opiniotwórcze media – jak choćby RMF FM. Szkody jakie wywołuje ten facet są ogromne a w dzisiejszej sytuacji międzynarodowej straszenie Polaków Ukraińcami nie jest, co najmniej w dobrym tonie, nie służy budowie zaufania i sojuszy przeciw wspólnemu wrogowi stwarzającemu zagrożenie dla całego regionu. Zastanawiające jest też, że jego retoryka tak dobrze wpisuje się w propagandę Moskwy…

poniedziałek, 15 września 2014

Jadąc przez Bośnię


Jadąc wczoraj, po raz kolejny przez Bośnię i Hercegowinę, następny ważny dla mnie kraj na mapie świata, obserwuję, przez okna samochodu a więc na szybko, jak bardzo ten kraj jest nadal podzielony. Każda część, każdy kanton ale nawet każda wioska czy miasteczko odróżniają się od sąsiednich. Czym? W jednej stoi meczet w innej cerkiew a w jeszcze innej kościół katolicki i wszystkie te wyznania jakby starają się podkreślić swoją odrębność. To poniekąd zrozumiałe po okrutnej wojnie jaka przeszła przez Bałkany w latach 90-tych XX wieku. Ale od jej zakończenia w 1995 roku (w Bośni) minęło już piętnaście lat, dorosło nowe pokolenie a mimo to nieufność a może wręcz nienawiść między tymi nacjami kładą się cieniem na całej państwowości Bośni, na jej kształcie, na jej istnieniu. Państwo, które powstało na mocy porozumień z Dayton w 1995 roku funkcjonuje co najmniej słabo, jest bezwładne i nie potrafi w żaden sposób wprowadzić w życie reform uzdrawiających ten byt państwowy, wprowadzony konstytucją napisaną na kolanie, jako załącznik do porozumień z Dayton. Przerost władz kantonalnych, lokalnych, samorządowych i nie wiadomo jeszcze jakich, rotacyjnych zabija to państwo i nie pozwala mu normalnie funkcjonować. Inna sprawa, że kantony a zwłaszcza Republika Serbska w Bośni nie jest zainteresowana zmianami a jej władze w Banialuce wręcz torpedują wszelkie starania o „unormalnienie” polityki wewnętrznej kraju. Oby tylko nie skończyło się to kiedyś kolejną krwawą wojną w której, nie ukrywam, tak jak poprzednio chciałbym trzymać stronę Bośniaków czyli muzułmanów, pod warunkiem, że się oni nie zradykalizują tak jak w Czeczenii, co zresztą nastąpiło przez to, że zachód im w żaden sposób nie pomagał i co możemy obserwować obecnie w Syrii. Świat w swoich żałosnych podrygach zostawił Bośnie tak jak zostawił Czeczenie i tak jak teraz robi wszystko aby zostawić sobie samej Ukrainę.

Zawsze gdy jadę przez Bośnię, gdy mijam postrzelane domy, otwierają mi się w mózgu widoki, nawet nie z dokumentalnych filmów o wojnie z lat 90-tych ale właśnie z fabularnych, a tych ambitnych powstało kilka:

„Wojownicy” – brytyjski film o żołnierzach Jego Królewskiej Mości służących w siłach pokojowych IFOR  w Bośni, które nic nie mogły, mogły się jedynie przyglądać wzajemnym rzeziom. To co robi ta misja z ich psychiką widać najlepiej na końcu filmu.
https://www.youtube.com/watch?v=a9thf92vfio


Innym filmem , ale co najmniej tak samo wstrząsającym jest „Rezolucja 819” – film oparty na faktach o francuskim policjancie oddelegowanym do misji mającej na celu rozpracowywanie i ściganie zbrodniarzy wojennych na terenie Bośni. Film „stawia na nogi” i chyba poruszy każdego! Dodatkowym atutem filmu jest „polski ślad” – wątek polskiej antrpolożki będącej szefową zespołu zajmującego się ekshumacjami masowych grobów na terenie Bośni. Film „wali w palnik”.
https://www.youtube.com/watch?v=YSxXE14g2nc


Do tego zapomniane już przez wszystkich „Welcome to Sarajevo” – chyba pierwszy film który ukazał się jeszcze w latach 90-tych, opowiadający o oblężeniu Sarajewa, o dziennikarzach polujących na neewsy i o tym jak ich bardzo ta wojna ich zmieniła. Ta i każda inna.
https://www.youtube.com/watch?v=IOmm1OD2ArQ

I muzyka:
"Bosnia" grupy Cranberries
https://www.youtube.com/watch?v=UF0mjV_8WpQ

 
napis na kamieniu jaki możecie zobaczyć przy słynnym moście w Mostarze
 
Za chwilę zaczną wychodzić książki a może nawet ukazywać się filmy o wojnie na Ukrainie. Bo za naszą wschodnią granicą toczy się wojna i żadne zmylne nazewnictwo tego nie zmieni.

Bośnię i Hercegowinę zawsze mam głęboko w sercu,  nie tylko wtedy gdy przejeżdżam przez ten kraj. Co piszę dojechawszy już do celu, siedząc na tarasie i słuchając szumu fal morza adriatyckiego, nie, nie broń borze, nie w Chorwacji ale w moim ulubionym Montenegro, tym razem całkiem blisko albańskiej granicy, którą też mam nadzieje odwiedzić tym razem. Ale czas pokaże….
 

wtorek, 26 sierpnia 2014

Solianka – wersja HARD


Dziś znajomi zamówili zupę solianka. Jest to znana bywalcom Ukrainy i Rosji zupa z wkrojonymi kawałkami ogórka, mięsa i jeszcze kilku rzeczy w zależności od inwencji kucharza. Ale to co wjechało na nasz stół nieco nas poraziło. Zupa była taka, że w łyżka stawała pionowo! Do tego była pyszna, dobrze doprawiona, po prostu wspaniała! Oczywiście zostaliśmy poczęstowani – pierwszy raz jadłem zupę widelcem.

A wszystko to działo się w gruzińskim mieście Achalkalaki, zamieszkałym w większości przez Ormian z ukraińsko – rosyjską zupą w tle…
Foto internet
 

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Kijów nie może się cofnąć


Berliński szczyt nie przyniósł żadnych rozwiązań, bo jedyne akceptowalne dla Europy to wstrzymanie działań wojennych, zaprzestanie ataków na rosyjskich terrorystów przez ukraińskie oddziały ATO, aby wreszcie media przestały trąbić o zbrodniach popełnianych przez tzw. Separatystów i aby po odczekaniu jakiegoś czasu można było znów spokojnie z Rosją interesy robić.

 

Ale Kijów mówi twardo NIE i dalej naciera na pozycje terrorystów. Ukraina nie może się teraz cofnąć bo doprowadzi to do utworzenia kolejnej strefy zamrożonego konfliktu takiej jak Abchazja czy Naddniestrze i to w dodatku na terenie bardzo ważnym gospodarczo dla Ukrainy. Siły ATO musza przeć naprzód, dążyć do uszczelnienia granicy a zachód powinien jeszcze w tym pomóc dostarczając sprzęt i instruktorów oraz dane wywiadowcze. Inaczej Donbas będzie stracony na lata a może i na zawsze. Trzeba dusić separatystów, nie dawać im oddechu a jeśli Rosja będzie chciała interweniować to, niestety będzie wojna na całego. Patrząc na to jak Ukraińcy walczyli na Majdanie raczej nie wierzę aby Rosji udało się kontrolować terytorium Ukrainy. Ukraińcy nie boją się walczyć.

niedziela, 10 sierpnia 2014

Opuszczone


Miejsca po wsiach, nie tylko Łemkowskich bo żyły tam różne narodowości, Polacy także, opuszczone w wyniku Akcji „Wisła”. Ślady po nich były później wręcz zacierane przez wojsko. Dziś czasami ciężko dopatrzyć się, że coś tam było. Pozostały cmentarze i cerkwiska, które świadczą o znajdujących się tam niegdyś ludzkich osiedlach.

„Gdzie ja jestem? – pyta autor – W Bieszczadach?! Co to ponoć wilki podchodziły tam pod same okna chałupy? Co to ponoć kraina bez Boga i milicji, za to pełna kryjących się przed prawem i alimentami opryszków? Ziemia krztusząca się jeszcze dymem pogorzelisk i parująca krwią po bieszczadzkiej wojnie braci, co tylko tym siężnili między sobą, że jedni raz, a drudzy trzykrotnie żegnali się przy pacierzu?”
Cytat z książki Jerzego Janickiego „Opowieści bieszczadzkie” Olszanica 2008.


Cmentarz jaki pozostał po wsi Beniowa oraz po wsi Sianki (po ukraińskiej stronie wieś istnieje) w tzw. Worku Bieszczadzkim






 
A to już świadectwa obecności ludzkiej w okolicach Arłamowa








 
 

piątek, 8 sierpnia 2014

Prawdziwie powszechny obowiązek obrony


Niedawno w jednej z grup na facebooku toczyła się (dość niemrawo i bez polotu) dyskusja czy jest sens bronić się przed ewentualną inwazją rosyjską na Polskę czy lepiej od razu przejść do działań partyzanckich i konspiracyjnych aby nie doprowadzić do wielkich strat materialnych. A wiec – bronić się czy nie? Zapewne do głosu dojdą tu dwie grupy, nazwijmy ich „racjonaliści” i „militaryści” (można inaczej). „Racjonaliści” z pewnością będą udowadniać, że obrona nie ma sensu bo nasza armia i tak nie obroni naszego terytorium lub jego części. „Militaryści” będą zaś przekonywać, że walczyć trzeba, choćby po to aby zadać przeciwnikowi jak najdotkliwsze straty, związać w walce jak największe siły wroga i dać czas sojusznikom na reakcję. Będą też oskarżać „racjonalistów” o brak patriotyzmu, wygodnictwo i dbałość wyłącznie o własne cztery litery. Jak jest naprawdę? Jak powinno zachować się nasze społeczeństwo, państwo, armia w przypadku bezpośredniej agresji (lub pośredniej, przy użyciu „zielonych ludzików”)?

 

Spawa nie jest prosta. Oczywiście skłaniam się do opcji „walczyć” – nie możemy oddać bez walki naszego terytorium, choćby dlatego, że nie bylibyśmy wiarygodni dla naszych sojuszników i wtedy z całą pewnością nikt nie miałby zamiaru umierać za Gdańsk. Inna sprawa, że jakoś słabo wierzę w naszych sojuszników z NATO i w to, że będą nas bronić. Mimo wszystko uważam jednak, że trzeba walczyć całą siłą naszej armii i społeczeństwa. Tak, społeczeństwa, bo obrona Ojczyzny to nie tylko rola i obowiązek armii ale całego narodu. I tu, jak sądzę pojawia się problem – jak to – spyta pewnie niejeden – mamy prowadzić wojnę? Po co? Dlaczego? Nasze społeczeństwo, które zaczęło się już trochę dorabiać może nie być skore do poświęceń i utraty tych dóbr, na które tak ciężko pracowało. Jest grupa osób, także w moim otoczeniu, które zapewne podejdą do tematu „racjonalizatorsko” – część z nich po prostu od razu wyjedzie z kraju – przecież są obywatelami świata i jak nie tu to tam, nie oddadzą swojego w miarę wygodnego życia i majątku za kraj. Nie zaryzykują spalenia i całkowitego zniszczenia swojego kupionego na raty mieszkania no i po Be Em Wu może im przejechać ruski czołg i nic z niego nie zostanie, choć najprawdopodobniej po przystawieniu kałacha do głowy po prostu oddali by swoje cacko bez szemrania. Innym problemem jest roszczeniowa postawa wielu młodych (i nie tylko młodych bo około 30tki) ludzi, którzy powiedzą: płacimy podatki na wojsko więc niech nas broni (tematem pokolenia Y „powalczę” w jakimś kolejnym tekście). Nie. Obrona kraju to obowiązek wszystkich obywateli, bez wyjątku, czy masz przeszkolenie czy nie.

Edukować oczywiście trzeba młode pokolenia ale nie w duchu nacjonalistycznym ale prawdziwie patriotycznym bez zawłaszczania prawa do tegoż patriotyzmu przez jakiekolwiek partie polityczne. Mamy zawodową armię, której z roku na rok topnieją rezerwy. Niech ta armia pozostanie zawodowa – operacyjny komponent sił zbrojnych ale niech jednocześnie każdy facet mogący służyć w armii odbędzie powiedzmy trzymiesięczne przeszkolenie, obowiązkowe, w rejonie swojego miejsca zamieszkania w oddziałach terytorialnych tak aby w razie „W” nasycenie terenu wojskiem było wystarczająco duże i aby wizja nieustannej wojny partyzanckiej, prowadzenia działań nieregularnych przez przeszkolonych do tego ludzi, z przygotowaną infrastrukturą i zapleczem spędzała sen z powiek ewentualnym agresorom, by była dla nich kosztowna i wiązała znaczne siły w przypadku chęci okupowania naszego terytorium. To są elementarne podstawy prowadzenia odpowiedzialnej polityki pro obronnej. Do tego mądre inwestowanie w armię odpowiednich środków finansowych. I budowanie pro obronnej świadomości społecznej.

To wszystko zapewne jest niepopularne o czym piszę. Ale konieczne do skutecznej obrony kraju. W świetle wydarzeń na Ukrainie wszystko nabiera innego znaczenia.
Na koniec coś z humorem:

niedziela, 3 sierpnia 2014

Polsko - Ukraiński dansing


Zasiedliśmy wczoraj w zakarpackiej knajpie na starym mieście w Pradze. Nie muszę dodawać, że ściągnęła mnie do tego miejsca ukraińska flaga wisząca nad drzwiami. Restauracja serwuje kuchnie czeską, słowacką, ukraińską i węgierską, taki mix z pogranicza. 
 
Dostaliśmy menu po ukraińsku i angielsku. Obsługa dość szybko zorientowała się, że ma do czynienia z Polakami. Zamówiliśmy trochę jedzenia a do tego wino i piwo. Po jakimś czasie zaczęła się muzyka na żywo. Gość śpiewał przygrywając sobie syntezatorem i dodając podkład z jakiegoś ustrojstwa. Po dwóch kawałkach śpiewający przywitał swoich polskich gości (czyli nas) dziękując nam Polakom za wsparcie w czasie rewolucji i od razu przechodząc do piosenki zespołu Taraka „Podaj rękę Ukrainie”, nagranej specjalnie dla ludzi stojących na Majdanie. W jeden z zimowych dni rewolucji piosenkę o umówionej porze nadały wszystkie polskie media elektroniczne.
https://www.youtube.com/watch?v=QtClmp3zQBc

Poczuliśmy się nieco wyróżnieni. Facet w ten sposób dziękował nam, Polakom za wsparcie jakiego udzielił im nasz kraj i zwykli Polacy stojący razem z nimi na Majdanie, zbierający pieniądze i środki opatrunkowe, zapewniający wojskowe samoloty ewakuacji medycznej dla najciężej rannych. Ukraińcy to doceniają. Gość nawet nie wiedział jak dobrze trafił.

A potem już poszło. Okean Elzy „Bez Boju”
https://www.youtube.com/watch?v=VyAdbv9vooc

To jedna z piosenek wspierających rewolucję, słynnej ukraińskiej grupy rockowej.

Potem było już tylko lepiej. Zestaw polskich piosenek weselno – biesiadnych, które śpiewaliśmy razem z wokalistą, wzbudzając niemałe zainteresowanie dwóch azjatycko – japońskich par również siedzących w knajpie. Nawet robili nam zdjęcia.
 

Impreza rozkręcała się coraz bardziej. Zaczęły się tańce. A właściwie to wspólny polsko – ukraiński dansing ze wspólnymi tańcami wraz z obecnymi tam także Ukraińcami. W międzyczasie gdy wyszedłem na zewnątrz by zaczerpnąć powietrza, pogawędziłem sobie z akurat palącym papierosa kelnerem. Opowiadał mi, że ktoś ciągle zrywa im ukraińskie flagi i że to na pewno Ruscy ale nie ci co żyją w Pradze bo oni wiedzą o co chodzi i są ogarnięci, tylko tacy przyjezdni, turyści co na chwilę wyjechali z „raju Putina” i są kompletnie indoktrynowani. 
 
Oczywiście martwił się sytuacją w swoim kraju.

Zabawa trwała chyba do 24 i pewnie trwała by nadal gdyby nie to, że na drugi dzień wracaliśmy do Polski i trzeba było jakoś rano wstać. Pożegnaliśmy z naszymi nowo poznanymi znajomymi bardzo serdecznie jak to zwykle bywa na wschodzie i poszliśmy na ostatni tramwaj jadący do naszego hotelu.

Gdyby ktoś z Was był w Pradze to zapraszam Was do fajnej zakarpackiej knajpy z pogranicza: ulica Dobrenskich 3, na starym mieście, niedaleko Wełtawy.