czwartek, 21 maja 2026

Czarnogóra. Zatoka Kotorska, Jezioro Szkoderskie i spektakularna trasa kolejowa

 

                        Po 11 latach przerwy wróciłem do Czarnogóry i to nie byle jak bo w sposób, który mi się marzył od dawna – lądując samolotem na małym lotnisku w Tivacie. 


KLIKNIJ W ZDJĘCIE ABY ZOBACZYĆ JE W CAŁEJ OKAZAŁOŚCI 


Lot z Krakowa przez Belgrad liniami Air Serbia nie był może najtańszy ale widoki były warte swojej ceny. Po kraju będziemy poruszać się dwoma wypożyczonymi samochodami bo jest nas spora gromadka. I aby nie tracić czasu od razu z lotniska po pobraniu samochodów jedziemy na Półwysep Lustica aby zobaczyć jedno z dostępnym miejsc bazowania okrętów podwodnych w czasach jugosłowiańskich. Wąskie drogi, roboty drogowe a potem brak asfaltu zmuszają nas do porzucenia samochodów i pieszych poszukiwań celu naszej wycieczki. W końcu jest. Wykuta w skale sztolnia, do której wpłynąć mógł jeden okręt. Przy wejściu resztki maskowania. Mieli rozmach! Takich miejsc w okolicy jest więcej. 



Mieliśmy jeszcze jechać do fortecy Arza ale znajduje się ona po drugiej stronie półwyspu a zaczyna się robić późno i jesteśmy już trochę głodni. Głodni bałkańskiego jedzenia ;-) Jedziemy więc do Kotoru na kwaterę. Parkowanie w mieście to głównie płatne parkingi. Nasz pensjonat, znakomicie położony, blisko starego miasta także nie posiada parkingu. W zależności od ilości godzin opłata za parking za noc wynosiła od około 27 do 34 euro za samochód. Krótkie acz intensywne poszukiwanie knajpy, która by nam odpowiadała i choć nie była to stricte bałkańska kuchnia to klimat był ok i podniebienia były zadowolone. 





ZATOKA KOTORSKA

W rejonie Boki Kotorskiej prawie wszędzie trudno o parking ale mam wrażenie, że w weekend w okolicach Perastu najtrudniej. Dwa największe parkingi na obu krańcach miasta są opanowane przez naganiaczy sprzedających rejsy łódką, którzy mniej lub bardziej legalnie zabraniają tam parkować turystom nie korzystającym z rejsów. Wreszcie znajdujemy miejsce na poboczu kawałek dalej gdzie nikt się już nie przypieprza a do miasta dochodzimy spacerem. Abstrahując od parkingów, Perast to cudowne miasteczko nad samą zatoką. 










Wiadomo, że już w 1336 roku istniała tu stocznia, wiadomo też o szkole morskiej, w której szlify zdobywali przyszli dowódcy floty rosyjskiej. Dziś miasto liczy mniej niż trzystu mieszkańców. Znajdziemy tam także osiemnaście kościołów i cerkwi, czasem poukrywanych w różnych zaułkach. Pensjonaty i liczne knajpki oraz stara kamienna zabudowa tworzą fajny klimat. 

Najlepsze śniadanie, z takim widokiem ;-) 


Kolejnym punktem programu jest Herceg Novi, mam wrażenie, że trochę pomijane miasto bo jedni albo spieszą się do Kotoru a inni do położonego zaraz za granicą Dubrownika. Założone w 1382 roku było najmłodszym miastem wybrzeża. Miasto portowe, położone na zboczu wzniesienia, było w obszarze różnych władań i wpływów, dziś możemy tam podziwiać ruiny aż trzech twierdz. 

















Nad samą zatoką znajdują się plaże oraz deptak. Centralny punkt starego miasta stanowią dwa place w tym Hercega Stjepana z cerkwią św Michała Archanioła. Jest tu też sporo klimatycznych uliczek, po których mając czas można pospacerować. Także z Herceg Novi wypływają rejsy łodzi, także do Błękitnej Groty.

Postój jest oczywiście płatny i jak poinformował nas parkingowy, który sprawdzał wniesienie opłat, system na kod QR nie działa i trzeba kupić bilet parkingowy w kiosku (stan na kwiecień 2026). Wracając do Kotoru postanawiamy urozmaicić sobie powrót i przeprawiamy się na drugą stronę zatoki promem. 

Co do rejsów, my skorzystaliśmy z takowego w Kotorze, nieco drogo bo po 30 euro za głowę, szybką łodzią przez zatokę aż do jej wyjścia, którego kiedyś strzegły zabudowania forteczne, Błękitna Grota oraz sztolnia dla okrętów podwodnych, notabene ta, którą widzieliśmy w pierwszy dzień ale tym razem do niej wpłynęliśmy. 


















LOVCEN

Już sam dojazd z Kotoru do górskiego masywu o tej nazwie położonego na terenie parku narodowego jest spektakularny. Pniemy się w górę serpentynami wciąż wyżej i wyżej. Nie jedziemy zbyt szybko podziwiając widoki co z pewnością wkurza miejscowych ale czasem zatrzymujemy się na zdjęcia i wtedy ich przepuszczamy. A widoki są naprawdę zniewalające. 
















Naszym punktem docelowym jest mauzoleum Piotra Niegosza, władcy Czarnogóry. Jego doczesne szczątki spoczywały w różnych miejscach co było związane z tym kto władał terenem. Zanim tam dojedziemy trzeba zapłacić za wstęp do parku na przydrożnym posterunku parkowej straży. Pod samym mauzoleum parkuje się wzdłuż drogi gdyż jest tam mało miejsca a do tego w końcu kwietnia miejscami leży jeszcze śnieg na poboczu. Wstęp do mauzoleum 8 euro. Nie pamiętam już, o którym miejscu przeczytałem, że widać z niego całą Czarnogórę ale mogło to być to miejsce. Widoki są naprawdę powalające!










BUDVA

Budva ma opinię zatłoczonej (to chyba wszystkie czarnogórskie miasta na wybrzeżu) i kurortoidalnej. I co do tego ostatniego to prawda. Ilość dużych hoteli już istniejących oraz tych budujących się jest spora. Ale poza sezonem stare miasto jest całkiem przyjemne i nie aż tak bardzo zatłoczone, mijałem też kilka przyjemnych knajpek, które wyglądały idealnie aby wstąpić tam na piwko. Jak na tak popularne miasto to całkiem przyjemnie, choć nie rekomenduję tego miejsca w wysokim sezonie. Przejeżdżamy w rejon wysepki Sveti Stefan, na którą co prawda nie możemy wejść (podobno od lipca będzie to możliwe) ale możemy pospacerować po okolicy.

















Późnym popołudniem dojeżdżamy do miasta Bar.


POCIĄG BAR – KOLASIN

Przygoda zaczyna się o 4 rano – trzeba wstać. Pociąg odchodzi kilkanaście minut po 5, bilety kupiliśmy dzień wcześniej. Wagony są dość stare, oczywiście jak to na Bałkanach pomazane graffiti. Trafia nam się skład bez otwieranych okien, niestety. Na tej trasie jest to dużym minusem. Bo ruszmy w podróż jedną z najpiękniejszych i najbardziej widokowych tras na Bałkanach a może i w Europie. Pierwotnie plany był aby jechać z Belgradu jednak w porze dziennej ten pociąg kursuje jedynie w wysokim sezonie. Cały rok kursuje w porze nocnej co z naszego punktu widzenia nie ma sensu. Pragniemy przecież podziwiać widoki. Koszt, nieco ponad 11 euro w obie strony. 





Dworzec w Podgoricy nie powala 



Gdy ruszamy jest jeszcze ciemno. Dzięki temu możemy obserwować wschód słońca nad Jeziorem Szkoderskim a potem oszałamiające widoki z trasy na mosty, przepaście, góry. Słowa nie oddają więc zdecydowanie zapraszam do oglądania obrazków. 






JEZIORO SZKODERSKIE

Po miejskich przygodach melinujemy się w wiosce na końcu świata czyli w Dodoszi. Nie ma tam nic specjalnie ciekawego ale jest cisza i spokój. I dom z dużym tarasem ;-) 





Można stąd operować posiadając samochód do bardziej turystycznych miejsc nad Jeziorem Szkoderskim – akwenem o niezwykłych kolorach, pięknej przyrodzie i wspaniałemu górskiemu otoczeniu. Takim centrum turystycznym jest wioska Virpazar gdzie bez problemu wynajmiecie łódkę aby odbyć rejs po jeziorze. W miejscowości oraz wzdłuż głównej drogi są także restauracje. Jedną szczególnie chcę wam polecić – ich specjalnością jest zupa rybna oraz pieczony karp – a być nad szkoderskim i nie zjeść karpia to podobno grzech. 



Ja co prawda nie zjadłem ale dzięki temu mam powód aby tam wrócić. Woda w jeziorze wymienia się kilka razy w roku i dzięki temu karpia nie czuć mułem, taka jego tajemnica.


Z nad Jeziora Szkoderskiego blisko do Podgoricy i dlatego jest to dla mnie ostatni punkt programu. Lotnisko jest niewielkie z dość sprawną odprawą. 



Rok temu byłem w Macedonii, która bardzo mi się podobała i do której chcę kiedyś wrócić. Do Czarnogóry wróciłem po raz czwarty po 11 letniej przerwie i muszę stwierdzić, że ten kraj ma w sobie coś co sprawia, że chcę wrócić po każdym tam pobycie. Góry wychodzące wprost z zatoki robią ogromne wrażenie, hipnotyczne wręcz. Dlatego mam nadzieję, że będą kolejne razy w Czarnogórze, zwłaszcza, że nie został zrealizowany Durmitor i słynna trasa P14. 


Po więcej inspiracji zapraszam tu: 

Ze Wszystkich Stron 


Na koniec jeszcze trochę wieczornych zdjęć z Kotoru