wtorek, 5 maja 2026

Gruzja po 7 latach przerwy


Chyba pierwszy raz gdzieś poleciałem bez jakichś oczekiwań (choć w dobrze znane mi miejsce) a tylko dlatego, że były tanie bilety. W sensie, że nie dlatego że strasznie chciałem coś zobaczyć bo przecież Gruzję znam doskonale ale chciałem się gdzieś ruszyć. I padło właśnie na ten kraj. Mimo, że nie byłem tam już 7 lat to jednak nie traciłem Gruzji z oczu i mniej więcej wiedziałem co się tam dzieje i co słychać. A nie słychać dobrze. Rządzące Gruzińskie Marzenie po sfałszowaniu wyborów w 2024 roku i wstrzymaniu rozmów akcesyjnych z UE obecnie domyka system, dorzynając wolne media i NGO-sy oraz dążąc do delegalizacji partii opozycyjnych.

Już na lotnisku w Kutaisi widzę, że sporo się zmieniło, nie tylko na gorsze. Terminal się rozbudował i jest obecnie bardziej funkcjonalny niż dawniej. Ale przy kontroli granicznej robią ci zdjęcie kamerą systemu rozpoznawania twarzy. Ładujemy się od razu do autobusu do Batumi, który jest całkowicie zapełniony. Głównie Polacy, Gruzini, Ukraińcy i Rosjanie. Za dwie godziny, około 1 w nocy jesteśmy na miejscu. Stolica Adżarii pięknie oświetlona, nadal udaje kaukaski Dubaj. Szybkie zakupy w sklepie i idziemy do hotelu, który jak się okazało jest źle oznaczony na mapie czyli witaj Gruzjo ;-) Dobrze, że przynajmniej ulica się zgadzała i odnalezienie go na starym mieście nie było trudne. Ktoś kupioną właśnie w sklepie małpkę, ktoś piwo, nocne Polaków rozmowy i zrobiło się po 3. Ale śniadanie dopiero od 9:30 co jest poniekąd słusznym gruzińskim podejściem bo w Gruzji ciężko coś załatwić przed 10tą ;-) To się nie zmienia. 


Chodniki mokre ale na szczęście nie pada. Zostawiamy plecaki w hotelu na przechowanie i w miasto. O Batumi mówi się, że jest najmniej gruzińskim miastem i to chyba prawda. Zwłaszcza teraz gdy apartamentowców przybyło chyba dwukrotnie. Pewnie 1/3 miasta jest na wynajem. Kapitał ruski i turecki a nabywcami są coraz częściej Polacy, choć nie wydaje mi się aby przy takim zagęszczeniu wolnych apartamentów była to obecnie opłacalna inwestycja. Kilka lat temu może tak. No dobra, po pierwsze trzeba kupić gruzińską kartę sim, na szczęście salon Magti jest tam gdzie był. Na tydzień 20 lari, robimy hotspot ze starego telefonu i wszyscy mamy internet. Na bulwarze trwają przygotowania do sezonu, jeżdżą koparki i ładowarki. Jak to przed sezonem – pusto i trochę smutno. Jest nas trzech więc jeden z dużych bezpańskich psów od razu uznaje nas za stado i towarzyszy nam aż do wejścia do kolejki gondolowej, od czasu do czasu zaganiając jeśli ktoś zostanie dalej od reszty. 



Mimo nie najlepszej pogody widok z górnej stacji kolejki robi wrażenie. Na mnie podwójne bo widzę ile się przez te lata nabudowało. Naprawdę niesamowite! 

"Nowe" Batumi - 2015/2026


Bierzemy taksówkę i jedziemy do ogrodu botanicznego. Mnie za bardzo roślinki nie interesują ale widoki stamtąd są przednie. I tak, lepiej dojechać do górnej bramy a zejść potem do dolnej od strony Batumi. Jest jeszcze brama od strony Czakwi. Przy okazji przypomina mi się pytanie, kiedyś często zadawane na jednej z grup dotyczących Gruzji
– czy w Batumi często pada? ;-) Jako odpowiedź mogę napomknąć, że Czakwi to miejscowość, w której notowano najwyższe opady w całym ZSRR ;-) 







Wracamy do Batumi miejskim autobusem numer 10 z okolic bramy dolnej, 1,20 gel, opłata pobierana od razu z karty bankomatowej. Bardzo praktyczne. Trochę spacerów po starym mieście, oczywiście meczet i czas pomału myśleć o obiedzie. 

Pociąg jest jakoś po 16tej, na dworzec jedziemy taksówką. Bilety kupiłem jeszcze z Polski (35 gel) na stronie Kolei Gruzińskich, w tym celu trzeba założyć konto. Do Tbilisi pociąg jedzie 5 godzin, mimo że ma tylko kilka stacji po drodze. Do tego pewnie ze dwa razy trzeba było rozganiać krowy pasące się torach ;-)

Na wieczór jesteśmy w Tbilisi, meldujemy się w hotelu. Dopełnieniem formalności meldunkowych jest od razu plastikowy kubeczek czaczy ;-)

Przed parlamentem, jak co wieczór odbywa się protest, obecnie już mało liczny, przeciw sfałszowanym w 2024 roku wyborom oraz popierający integrację z UE. 




Niestety w nocy zaczyna padać i właściwie cały dzień jest deszczowy. Jedziemy marszrutką do Mcchety, dawnej stolicy. Z dworca Didube, przedsionka piekieł ;-) Przejazd 2 gel. Dworzec Didube to kilka dworców w jednym, nie jestem pewien ile dokładnie i do tego bazar. Resztę sobie wyobraźcie. W Mcchecie obowiązkowe punkty czyli katedra Sweti Cchoweli i klasztor Samtawro. 




W powrotnej marszrutce zaczepia nas kobieta, najwyraźniej zwolenniczka obecnej władzy i powtarza komunały o partii wojny, drugim froncie itd. jednocześnie oglądając na telefonie przemówienie właściciela kraju. Jak widać nie zawsze trzeba chamsko dosypywać głosy do urn, wystarczy sfałszować rzeczywistość. Stare miasto w Tbilisi – to tu, to tam widać zmiany, są już trzy kolejki linowe w centrum, jest turystycznie bo niby jak ma być w centrum. 







Idziemy na obiad do mojego ulubionego baru Racza, który także stał się obecnie dość turystycznym miejscem ale jednak z pewnym klimatem. Szefowa ta sama, trochę się jej przypomniałem. Jest pysznie – gruzińska uczta podlana ociupinką dębowej czaczy. Wieczorem jeszcze wyjazd nową gondolą na Mtacmindę i wieczorna panorama miasta, zjazd w dół funikulorem. 

Dolna stacja kolejki na Mtatsmindę 


Widok z góry na oświetlone miasto, pomyśleć że dwadzieścia lat wcześniej z kawałkiem, prąd był włączany w poszczególnych dzielnicach na dwie godziny a na prowincji wcale. Siadamy jeszcze w przypadkowej ale jakże klimatycznej knajpce na piwo i dzień pomału dobiega końca. 







Siedząc we wspomnianej knajpce znajduję na bookingu propozycję wycieczki po Kachetii. Chcieliśmy jechać do Kazbegi ale wszyscy nam to odradzają ze względu na zagrożenie lawinowe. Więc region winiarski. Znajduję wycieczkę za 11 euro/osoba i się nie zastanawiamy.

Rano meldujemy się w wyznaczonym miejscu przy Rustaweli. Najpierw Kroniki Gruzji – monumentalna, wielka grupa obelisków na wzgórzu nad tzw. Tbiliskim Morzem – sztucznym zbiornikiem wodnym. Kilka szybkich zdjęć bo tak nieprawdopodobnie wieje, że ciężko utrzymać się na nogach. 



Po drodze do Sighnagi zatrzymujemy się w przydrożnym sklepie producenta różnych trunków, degustujemy, chętni kupują. Potem jeszcze klasztor Bodbe i pierwsze widoki na Kaukaz. W „mieście miłości” – Sighnagi, zatrzymujemy się przy knajpie, której za moich czasów nie było, za to w tym miejscu zawsze wchodziłem z grupami na mury obronne. Fajna, nowa restauracja z dużymi szybami, dzięki czemu można podziwiać Kaukaz i Nizinę Alazańską przy dobrej widoczności. Tu już fachowa piwniczka z klimatem do przeprowadzania degustacji co też następuje. 


Później obiad na własny koszt a później spacer po murach obronnych i po mieście. Cóż, przypominam sobie stare kąty. Sighnagi to pierwsze miasto poddane kompleksowej rewitalizacji w czasach Saakaszwilego. 











Sprawny powrót do Tbilisi spędzam na drzemce a wieczorem jeszcze spotkanie w jednej ze znanych mi knajp – z niektórymi nie ma jak spotkać się w Polsce ale jak się okazuje, można w Gruzji ;-)

Zapomniałem dodać, że przedłużyliśmy nasz pobyt w hotelu (pierwotnie miały to być dwie noce), więc procedurę meldunkową trzeba było powtórzyć ;-)

Rano zwalniamy pokoje i idziemy powłóczyć się jeszcze zupełnie na spokojnie po mieście. Targ staroci na suchym moście, niespieszna kawa na deptaku Akmashenebeli, no i spacery po mniej lub bardziej uczęszczanych częściach starego miasta. 

Wodospad w centrum miasta ;-) 



Obiad w sieciówce na Placu Wolności i trzeba się zbierać na pociąg na lotnisko. Jest to kolejna nowość dla mnie – wybudowano stację w pobliżu lotniska w Kutaisi a przed sam terminal dowozi skoordynowana z pociągiem marszrutka. 


Kontrola bezpieczeństwa (skaner), kontrola paszportowa, jeszcze tylko system rozpoznawania twarzy chwilę mieli czy przypadkiem nie znajdzie mojej twarzy przy próbie blokady którejś z ulic wraz z protestującymi (bo wtedy jest horrendalny mandat) i można rozejrzeć się po bezcłówce. Samolot trochę opóźniony ale potem nadrabia.

Tak oto zakończyła się moja pierwsza, po kilkuletniej przerwie wizyta w Gruzji. Było jak zwykle smacznie i ze spektakularnymi widokami. Zostawiłem w Sakartvelo wiele lat mojego życia, najpierw jako zwykły turysta rok rocznie odwiedzający ten kraj, gdy nic tam jeszcze nie latało z Polski, potem w NGO promującym Gruzję a potem w firmie organizującej tam turystykę. Gruzja z prymusa pro zachodnich zmian stała się niestety brzydkim kaczątkiem, dla którego demokratyczne standardy to zagrożenie utraty władzy dla rządzących. Oni nie są aż tak bardzo pro rosyjscy, oni są po prostu pro $$$ i przyświeca im hasło: władzy raz zdobytej nigdy nie oddamy. System został zabetonowany i jest dość skutecznie i brutalnie domykany przez nowe absurdalne przepisy, wzorowane często na „prawie” rosyjskim. Myślę, że część inteligencji i młodych ludzi zacznie po prostu wyjeżdżać z kraju. Obecnie nie widzę szans na demokratyczną zmianę władzy w Gruzji. Może do tego doprowadzić zmiana sytuacji światowej (np. głęboki kryzys i dalsze słabnięcie Rosji) albo kolejna rewolucja, na którą się jednak nie zapowiada. Gruzini mają dosyć wojen i rewolucji, chcieliby trochę spokojnie pożyć i się wreszcie wzbogacić.

Mimo to jest to nadal znakomity kraj na wakacje, mający dużo do zaoferowania. Prywatne hotele i pensjonaty oraz usługi turystyczne dają pracę miejscowym i przeważnie nie mają barw politycznych. A że kraj ma niedostatki w demokracji? A czyż nie jeździmy do takich bezobjawowych demokracji jak Egipt, Emiraty czy sąsiedni Azerbejdżan, coraz bardziej popularny wśród Polaków?

Turystycznie Gruzja to nadal wspaniały kraj. 

Flagi unijne na lotnisku w Kutaisi jako fasada albo listek figowy... 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz