Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gruzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gruzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2026

Gruzja po 7 latach przerwy


Chyba pierwszy raz gdzieś poleciałem bez jakichś oczekiwań (choć w dobrze znane mi miejsce) a tylko dlatego, że były tanie bilety. W sensie, że nie dlatego że strasznie chciałem coś zobaczyć bo przecież Gruzję znam doskonale ale chciałem się gdzieś ruszyć. I padło właśnie na ten kraj. Mimo, że nie byłem tam już 7 lat to jednak nie traciłem Gruzji z oczu i mniej więcej wiedziałem co się tam dzieje i co słychać. A nie słychać dobrze. Rządzące Gruzińskie Marzenie po sfałszowaniu wyborów w 2024 roku i wstrzymaniu rozmów akcesyjnych z UE obecnie domyka system, dorzynając wolne media i NGO-sy oraz dążąc do delegalizacji partii opozycyjnych.

Już na lotnisku w Kutaisi widzę, że sporo się zmieniło, nie tylko na gorsze. Terminal się rozbudował i jest obecnie bardziej funkcjonalny niż dawniej. Ale przy kontroli granicznej robią ci zdjęcie kamerą systemu rozpoznawania twarzy. Ładujemy się od razu do autobusu do Batumi, który jest całkowicie zapełniony. Głównie Polacy, Gruzini, Ukraińcy i Rosjanie. Za dwie godziny, około 1 w nocy jesteśmy na miejscu. Stolica Adżarii pięknie oświetlona, nadal udaje kaukaski Dubaj. Szybkie zakupy w sklepie i idziemy do hotelu, który jak się okazało jest źle oznaczony na mapie czyli witaj Gruzjo ;-) Dobrze, że przynajmniej ulica się zgadzała i odnalezienie go na starym mieście nie było trudne. Ktoś kupioną właśnie w sklepie małpkę, ktoś piwo, nocne Polaków rozmowy i zrobiło się po 3. Ale śniadanie dopiero od 9:30 co jest poniekąd słusznym gruzińskim podejściem bo w Gruzji ciężko coś załatwić przed 10tą ;-) To się nie zmienia. 


Chodniki mokre ale na szczęście nie pada. Zostawiamy plecaki w hotelu na przechowanie i w miasto. O Batumi mówi się, że jest najmniej gruzińskim miastem i to chyba prawda. Zwłaszcza teraz gdy apartamentowców przybyło chyba dwukrotnie. Pewnie 1/3 miasta jest na wynajem. Kapitał ruski i turecki a nabywcami są coraz częściej Polacy, choć nie wydaje mi się aby przy takim zagęszczeniu wolnych apartamentów była to obecnie opłacalna inwestycja. Kilka lat temu może tak. No dobra, po pierwsze trzeba kupić gruzińską kartę sim, na szczęście salon Magti jest tam gdzie był. Na tydzień 20 lari, robimy hotspot ze starego telefonu i wszyscy mamy internet. Na bulwarze trwają przygotowania do sezonu, jeżdżą koparki i ładowarki. Jak to przed sezonem – pusto i trochę smutno. Jest nas trzech więc jeden z dużych bezpańskich psów od razu uznaje nas za stado i towarzyszy nam aż do wejścia do kolejki gondolowej, od czasu do czasu zaganiając jeśli ktoś zostanie dalej od reszty. 



Mimo nie najlepszej pogody widok z górnej stacji kolejki robi wrażenie. Na mnie podwójne bo widzę ile się przez te lata nabudowało. Naprawdę niesamowite! 

"Nowe" Batumi - 2015/2026


Bierzemy taksówkę i jedziemy do ogrodu botanicznego. Mnie za bardzo roślinki nie interesują ale widoki stamtąd są przednie. I tak, lepiej dojechać do górnej bramy a zejść potem do dolnej od strony Batumi. Jest jeszcze brama od strony Czakwi. Przy okazji przypomina mi się pytanie, kiedyś często zadawane na jednej z grup dotyczących Gruzji
– czy w Batumi często pada? ;-) Jako odpowiedź mogę napomknąć, że Czakwi to miejscowość, w której notowano najwyższe opady w całym ZSRR ;-) 







Wracamy do Batumi miejskim autobusem numer 10 z okolic bramy dolnej, 1,20 gel, opłata pobierana od razu z karty bankomatowej. Bardzo praktyczne. Trochę spacerów po starym mieście, oczywiście meczet i czas pomału myśleć o obiedzie. 

Pociąg jest jakoś po 16tej, na dworzec jedziemy taksówką. Bilety kupiłem jeszcze z Polski (35 gel) na stronie Kolei Gruzińskich, w tym celu trzeba założyć konto. Do Tbilisi pociąg jedzie 5 godzin, mimo że ma tylko kilka stacji po drodze. Do tego pewnie ze dwa razy trzeba było rozganiać krowy pasące się torach ;-)

Na wieczór jesteśmy w Tbilisi, meldujemy się w hotelu. Dopełnieniem formalności meldunkowych jest od razu plastikowy kubeczek czaczy ;-)

Przed parlamentem, jak co wieczór odbywa się protest, obecnie już mało liczny, przeciw sfałszowanym w 2024 roku wyborom oraz popierający integrację z UE. 




Niestety w nocy zaczyna padać i właściwie cały dzień jest deszczowy. Jedziemy marszrutką do Mcchety, dawnej stolicy. Z dworca Didube, przedsionka piekieł ;-) Przejazd 2 gel. Dworzec Didube to kilka dworców w jednym, nie jestem pewien ile dokładnie i do tego bazar. Resztę sobie wyobraźcie. W Mcchecie obowiązkowe punkty czyli katedra Sweti Cchoweli i klasztor Samtawro. 




W powrotnej marszrutce zaczepia nas kobieta, najwyraźniej zwolenniczka obecnej władzy i powtarza komunały o partii wojny, drugim froncie itd. jednocześnie oglądając na telefonie przemówienie właściciela kraju. Jak widać nie zawsze trzeba chamsko dosypywać głosy do urn, wystarczy sfałszować rzeczywistość. Stare miasto w Tbilisi – to tu, to tam widać zmiany, są już trzy kolejki linowe w centrum, jest turystycznie bo niby jak ma być w centrum. 







Idziemy na obiad do mojego ulubionego baru Racza, który także stał się obecnie dość turystycznym miejscem ale jednak z pewnym klimatem. Szefowa ta sama, trochę się jej przypomniałem. Jest pysznie – gruzińska uczta podlana ociupinką dębowej czaczy. Wieczorem jeszcze wyjazd nową gondolą na Mtacmindę i wieczorna panorama miasta, zjazd w dół funikulorem. 

Dolna stacja kolejki na Mtatsmindę 


Widok z góry na oświetlone miasto, pomyśleć że dwadzieścia lat wcześniej z kawałkiem, prąd był włączany w poszczególnych dzielnicach na dwie godziny a na prowincji wcale. Siadamy jeszcze w przypadkowej ale jakże klimatycznej knajpce na piwo i dzień pomału dobiega końca. 







Siedząc we wspomnianej knajpce znajduję na bookingu propozycję wycieczki po Kachetii. Chcieliśmy jechać do Kazbegi ale wszyscy nam to odradzają ze względu na zagrożenie lawinowe. Więc region winiarski. Znajduję wycieczkę za 11 euro/osoba i się nie zastanawiamy.

Rano meldujemy się w wyznaczonym miejscu przy Rustaweli. Najpierw Kroniki Gruzji – monumentalna, wielka grupa obelisków na wzgórzu nad tzw. Tbiliskim Morzem – sztucznym zbiornikiem wodnym. Kilka szybkich zdjęć bo tak nieprawdopodobnie wieje, że ciężko utrzymać się na nogach. 



Po drodze do Sighnagi zatrzymujemy się w przydrożnym sklepie producenta różnych trunków, degustujemy, chętni kupują. Potem jeszcze klasztor Bodbe i pierwsze widoki na Kaukaz. W „mieście miłości” – Sighnagi, zatrzymujemy się przy knajpie, której za moich czasów nie było, za to w tym miejscu zawsze wchodziłem z grupami na mury obronne. Fajna, nowa restauracja z dużymi szybami, dzięki czemu można podziwiać Kaukaz i Nizinę Alazańską przy dobrej widoczności. Tu już fachowa piwniczka z klimatem do przeprowadzania degustacji co też następuje. 


Później obiad na własny koszt a później spacer po murach obronnych i po mieście. Cóż, przypominam sobie stare kąty. Sighnagi to pierwsze miasto poddane kompleksowej rewitalizacji w czasach Saakaszwilego. 











Sprawny powrót do Tbilisi spędzam na drzemce a wieczorem jeszcze spotkanie w jednej ze znanych mi knajp – z niektórymi nie ma jak spotkać się w Polsce ale jak się okazuje, można w Gruzji ;-)

Zapomniałem dodać, że przedłużyliśmy nasz pobyt w hotelu (pierwotnie miały to być dwie noce), więc procedurę meldunkową trzeba było powtórzyć ;-)

Rano zwalniamy pokoje i idziemy powłóczyć się jeszcze zupełnie na spokojnie po mieście. Targ staroci na suchym moście, niespieszna kawa na deptaku Akmashenebeli, no i spacery po mniej lub bardziej uczęszczanych częściach starego miasta. 

Wodospad w centrum miasta ;-) 



Obiad w sieciówce na Placu Wolności i trzeba się zbierać na pociąg na lotnisko. Jest to kolejna nowość dla mnie – wybudowano stację w pobliżu lotniska w Kutaisi a przed sam terminal dowozi skoordynowana z pociągiem marszrutka. 


Kontrola bezpieczeństwa (skaner), kontrola paszportowa, jeszcze tylko system rozpoznawania twarzy chwilę mieli czy przypadkiem nie znajdzie mojej twarzy przy próbie blokady którejś z ulic wraz z protestującymi (bo wtedy jest horrendalny mandat) i można rozejrzeć się po bezcłówce. Samolot trochę opóźniony ale potem nadrabia.

Tak oto zakończyła się moja pierwsza, po kilkuletniej przerwie wizyta w Gruzji. Było jak zwykle smacznie i ze spektakularnymi widokami. Zostawiłem w Sakartvelo wiele lat mojego życia, najpierw jako zwykły turysta rok rocznie odwiedzający ten kraj, gdy nic tam jeszcze nie latało z Polski, potem w NGO promującym Gruzję a potem w firmie organizującej tam turystykę. Gruzja z prymusa pro zachodnich zmian stała się niestety brzydkim kaczątkiem, dla którego demokratyczne standardy to zagrożenie utraty władzy dla rządzących. Oni nie są aż tak bardzo pro rosyjscy, oni są po prostu pro $$$ i przyświeca im hasło: władzy raz zdobytej nigdy nie oddamy. System został zabetonowany i jest dość skutecznie i brutalnie domykany przez nowe absurdalne przepisy, wzorowane często na „prawie” rosyjskim. Myślę, że część inteligencji i młodych ludzi zacznie po prostu wyjeżdżać z kraju. Obecnie nie widzę szans na demokratyczną zmianę władzy w Gruzji. Może do tego doprowadzić zmiana sytuacji światowej (np. głęboki kryzys i dalsze słabnięcie Rosji) albo kolejna rewolucja, na którą się jednak nie zapowiada. Gruzini mają dosyć wojen i rewolucji, chcieliby trochę spokojnie pożyć i się wreszcie wzbogacić.

Mimo to jest to nadal znakomity kraj na wakacje, mający dużo do zaoferowania. Prywatne hotele i pensjonaty oraz usługi turystyczne dają pracę miejscowym i przeważnie nie mają barw politycznych. A że kraj ma niedostatki w demokracji? A czyż nie jeździmy do takich bezobjawowych demokracji jak Egipt, Emiraty czy sąsiedni Azerbejdżan, coraz bardziej popularny wśród Polaków?

Turystycznie Gruzja to nadal wspaniały kraj. 

Flagi unijne na lotnisku w Kutaisi jako fasada albo listek figowy... 


środa, 8 marca 2023

Gruzja dryfuje w złym kierunku

 

W nocy z 7/8 marca 2023 roku w Tbilisi w rejonie budynku parlamentu przy Al. Rustawelego doszło do poważnych starć protestujących mieszkańców z policją. Powodem było głosowanie przez legislaturę ustawy o „zagranicznych agentach”, podobnej jaka obowiązuje w Rosji. Nakłada ona na media oraz NGO-sy otrzymujące więcej niż 20% budżetu zza granicy, obowiązek aby we wszystkich oficjalnych publikacjach informowały iż są „zagranicznym agentem” oraz szereg możliwości kontrolnych dla instytucji państwowych względem tychże podmiotów. Taka ustawa obowiązuje obecnie w Rosji i dlatego przez protestujących Gruzinów jest nazywana rosyjską. 



Przez lata ludzie pytali mnie czy rząd Gruzińskiego Marzenia jest pro-rosyjski. Nie potrafiłem na to jednoznacznie odpowiedzieć. Komuś kto nie zna Gruzji od środka łatwo było stosować takie kalki: partia Saakaszwilego (Zjednoczony Ruch Narodowy) jest pro-zachodnia a Gruzińskie Marzenie Bidziny Iwaniszwilego pro-rosyjskie. Trzeba cofnąć się trochę w głąb najnowszej historii tego kraju aby lepiej to zrozumieć; Saakaszwili wydobył Gruzję ze stanu państwa upadłego jakim była do Rewolucji Róż w 2003 roku i jest to jego niezbywalna zasługa, nadał jej także kurs na zachód. Jednak, zwłaszcza schyłkowy okres jego rządów miał też spory bagaż, nazwijmy to, lekkiego autorytaryzmu – Misza i jego otoczenie nieco „odjechało” i myśleli, że będą rządzić wiecznie. Były prześladowania niezależnych dziennikarzy, było siłowe przejmowanie dobrze prosperujących firm przez ludzi związanych z obozem władzy. Na fali niezadowolenia z takiego stanu rzeczy wyrosło Gruzińskie Marzenie, które wygrało wybory po raz pierwszy w 2012 roku i od tego czasu sprawuje władzę. Twórcą i przywódcą tej partii jest wspomniany wyżej Bidzina Iwaniszwili – oligarcha, który dorobił się majątku prowadząc interesy w Rosji. To już budziło moje zaniepokojenie gdyż w putinowskiej Rosji nie można się dorobić dużego majątku bez dilów z reżimem. Jednak przez wiele lat rządów Gruzińskiego Marzenia władza nadal wykonywała pro-zachodnie gesty i nie ograniczała w sposób znaczący swobód demokratycznych społeczeństwa, przy tym nieco poprawiła także jego sytuację materialną (zwłaszcza sfery budżetowej). Wyraźnie zaczęło się to zmieniać w czasie pandemii gdy na cały 2020 rok właściwie zamknięto granice kraju – a był to rok wyborczy – władza nie była zainteresowana przyjazdem dużej ilości zachodnich dziennikarzy czy obserwatorów. A różne nieprawidłowości przy wyborach występowały już wcześniej. Nie żeby za czasów Saakaszwilego wszystko było super demokratycznie ale jednak sam Misza oddał władzę w sposób cywilizowany, co nie było standardem w post-radziecji. Później zaczęła się masowa agresja Rosji na Ukrainę i niejednoznaczne stanowisko rządu gruzińskiego, utrudnianie wyjazdu potencjalnym ochotnikom jadącym bronić Ukrainy (Gruzinów po stronie ukraińskiej walczy duża ilość, mają tam oddzielny legion) a teraz mamy ustawę żywcem jak z Rosji. Wygląda to na moment kiedy maski opadły i rząd GM nie ma zamiaru już udawać demokratycznego kursu. W Tbilisi wczoraj w nocy doszło do dużych manifestacji i starć z policją jednak trzeba pamiętać, że Tbilisi to nie cała Gruzja a partia Bidziny ma nadal dość wysokie poparcie. Popiera ją także bardzo konserwatywna gruzińska cerkiew, która w pro-zachodnim kierunku kraju upatruje zagrożenia dla swojej pozycji i „wartości”, zbytniego wpływu „gejropy” – skądinąd nazewnictwo żywcem przeniesione z Rosji. 

Wiedziałem że to zdjęcie się kiedyś przyda ;-) 


Unia Europejska będzie musiała jakoś zareagować na niespełnianie standardów cywilizowanego prawa przez Gruzję, taka reakcja już była w 2022 roku gdy Ukraina i Mołdawia otrzymały status państwa – kandydata a Gruzja nie. Teraz te szanse znów się zmniejszają i po jakimś czasie rząd sprawowany przez GM a z tylnego siedzenia przez Bidzinę Iwaniszwilego, będzie mógł poprzez swoją propagandę zakomunikować społeczeństwu, że zachód nas nie chce. Więc możemy zmienić punkt odniesienia na chiński lub rosyjski. Nieprzejrzystość będzie trwać, represje wobec społeczeństwa będą się powiększać. Gruzja nie ma obecnie instytucjonalnej opozycji zdolnej zagrozić GM w wyborach, zakładając, że byłyby one wolne i demokratyczne. Społeczeństwo obywatelskie jest dość silne co pokazały protesty w 2018 roku ale nie jest sformalizowane więc poza ulicą nie może wpływać na politykę.

Jestem związany z Gruzją od 2008 roku i obecnie przykro jest patrzeć gdy dryfuje ona w złym kierunku…

niedziela, 7 lutego 2021

Top 10 miejsc, w których należy posiedzieć 2-3 dni ;-)


Będąc z grupami na trasie czasem rzucam hasło: to jest miejsce, w którym warto posiedzieć chociaż dwa – trzy dni, na co oczywiście nasz program nie pozwala. Dotyczy to miejsc wyjątkowych, z odpowiednim klimatem, gdzie w miłej atmosferze można przysiąść przy kieliszku czegoś dobrego i porozmyślać o sprawach mniej lub bardziej poważnych a nawet fundamentalnych, lub miejsce zapewnia dobre warunki aby być bazą wypadową w okolice a jednocześnie miłego spędzenia wieczoru po powrocie. W podtekście mojego przesłania jest „gdy tu znów wrócicie”. Niektórzy wracają. Jednak moje stwierdzenie urosło już do rangi anegdoty.

Miejsca, które tu opisuję są moim subiektywnym wyborem, odpowiadają mi swoim charakterem, klimatem i traktuję je równorzędnie, kolejność prezentacji jest przypadkowa.

- Hinaluq (Xinaliq) – nazwę czytamy jako Hinaliq – wioska w północnym Azerbejdżanie, nieco odizolowana od świata, choć obecnie prowadzi do niej asfaltowa droga. Można by powiedzieć, że jeden z końców świata. Miejscowość liczy około 2000 mieszkańców, znajduje się w rejonie Quba, niedaleko granicy z Dagestanem. Dojechać tam można wynajętym samochodem z Quby lub marszrutką (w zimie droga może być czasowo nieprzejezdna). 

Tu przeczytacie więcej o tej miejscowości: 

http://zewszystkichstron.blogspot.com/2017/07/xinaliq-hinalug.html








    
A gdy dysponujemy jeepem możemy zapuścić się też w boczne drogi: 








Świetne miejsce aby odpocząć od zgiełku, wyjść gdzieś w góry (byle nie w kierunku granicy bo tam trzeba mieć przepustkę) a jeśli dysponujemy jeepem pojeździć trochę po okolicy, zapuścić się w drogi odchodzące od głównej trasy. A wieczorem posiedzieć w ciszy w wiosce położonej na zboczu, kontemplując zastaną rzeczywistość. Nocleg i wyżywienie zapewniają mieszkańcy w bardzo podstawowym zakresie.

- Tuszetia – niewielki region w północno-wschodniej Gruzji na Wielkim Kaukazie, graniczący z Azerbejdżanem, Dagestanem i Czeczenią. Kraina wież mieszkalno – obronnych i pasterzy, dostępna tylko od, mniej więcej drugiej połowy czerwca do października (zależnie od warunków pogodowych). 

Tak wygląda droga do regionu: 

https://www.youtube.com/watch?v=hcDn1mR_rak&t=445s

Do Tuszetii nie ma sensu jechać na mniej niż dwie noce a najlepiej na dłużej. Aby tam dotrzeć trzeba pokonać szutrową drogę wyrąbaną w półce skalnej nad przepaścią i przełęcz Abano położoną na blisko 2900 mnpm. Dojazd tylko jeepem. Za to na miejscu będziecie mogli podziwiać krajobrazy zapierające dech, zwiedzić chociażby Omalo, Dartlo czy Szenako a wieczorem, zanim się zupełnie ściemni, po wyśmienitej kolacji w waszym guesthousie, podelektować się widokami na góry. Czasem tak niewiele trzeba…











Właściwie to wcale mógłbym nie opuszczać tego balkonu ;-) 

- Kolejną taką miejscowością jest dla mnie Uszguli w regionie Swanetia w Gruzji. Choć miejsce już coraz bardziej turystyczne i odwiedzane dość tłumnie, najczęściej jednak przed jednodniowych turystów przyjeżdżających z Mestii, po południu robi się nieco bardziej puste i spokojne. Miejsce także najeżone wieżami mieszkalno – obronnymi, w którym w ładną pogodę podziwiać można pasmo Szchary – najwyższej góry Gruzji, lub po prostu udać się do lodowca u jej podnóża. 











Chyba nigdzie nie widziałem tylu gwiazd co w Uszguli. Sama wioska jest, przynajmniej oficjalnie, najwyżej położoną, stale zamieszkałą miejscowością w Gruzji (2200 – 2300 mnpm). Obecnie duża ilość guesthousów i małych pensjonatów zapewnia solidną ilość miejsc noclegowych.

- Okolice miasta Hermon w Armenii to także ciekawe miejsce, choć nie jedyne w tym kraju. Dysponując jeepem, możemy pozwiedzać okoliczne góry i przełęcze a wieczór spędzić miło w niezłej klasy ośrodku wypoczynkowym, delektując się trunkami, z których słynie Armenia. 









- Kotor – moje ulubione miasto w Czarnogórze jest także znakomitą bazą wypadową a samo w sobie jest bardzo ciekawe. Obowiązkowo trzeba wspiąć się do twierdzy oraz zapuścić się w plątaninę uliczek na starym mieście. W kolejne dni warto zrobić sobie wycieczkę do Tivatu czy Perastu a nawet do Budvy lub popłynąć w rejs wycieczkowym stateczkiem po Zatoce Kotorskiej. Zarówno z twierdzy jak i z łódki widoki będą niezapomniane! 













Przy tym Kotor oferuje wiele miejsc noclegowych na różną kieszeń oraz dużo restauracji do wyboru, w których warto zasiąść wieczorem po całym dniu zwiedzania. Stare miasto ma fantastyczną atmosferę, zaułki, kamienice i cerkwie, bruki a do tego knajpki i restauracje. Do Kotoru zawsze mam ochotę wrócić.

- Udabno – wioska pośrodku niczego, wśród gruzińskich stepów. W latach 80-tych XX wieku komuniści przesiedlili tam Swanów ze Swanetii, miał to być pokazowy pasterski kołchoz. Wyszło jak wyszło ale kilka lat temu Polacy otwarli tam knajpę, później jeszcze bungalowy i hostel. W czym tkwi fenomen? W dobrym jedzeniu ale jak dla mnie także w samym miejscu – bo fajnie jest siedzieć i patrzeć w otaczający nas step, przyłączać się wieczorem do nieznajomych ludzi i rozmawiać z nimi bądź przeciwnie – w samotności kontemplować krajobraz. 





Więcej o tym miejscu przeczytacie tutaj: 

https://zewszystkichstron.blogspot.com/2016/06/po-srodku-niczego.html


- Lwów to moje najukochańsze miasto. Mogę po nim chodzić bez końca, zaglądać w kolejne zaułki i ulice, odwiedzać kolejne miejsca, odpoczywać i iść dalej. Byłem w nim dziesiątki razy i nie mam dość. 



Weekend to stanowczo za krótko na Lwów, nawet jeśli się tam jest już któryś raz! A gdy zgłodniejemy to zasiąść, w której z tysiąca knajp, klasycznie ukraińskiej, tatarskiej a może uzbeckiej… 

https://zewszystkichstron.blogspot.com/2018/12/lwow.html

- Sarajewo – miasto, do którego chce się wracać! Byłem w nim kilka razy i ciągle mam niedosyt, być może dlatego, że ciągle w biegu, w przelocie. Trudna historia, trzy narody, trzy kultury splatające się ze sobą. Katedra katolicka, prawosławna, meczet stojące w bliskiej odległości od siebie. Legendarny tor saneczkowy – pozostałość z Zimowej Olimpiady i spektakularna kolejka linowa. 





Wieczór na starym mieście, w którejś z licznych knajpek z wybornym bałkańskim jedzeniem… Rozmarzyłem się ;-) 

https://zewszystkichstron.blogspot.com/2014/09/tramwajem-przez-sarajewo.html

- Północna Rumunia – region Maramuresz i Bukowina – zdecydowanie warto zostać tam cały tydzień. Unikalna architektura sakralna, strzeliste drewniane kościoły w pierwszym i malowane monastyry w drugim regionie, wspaniałe widoki i przyroda. Celowo nie mówię tu o konkretnym miejscu gdyż oba te regiony w całości zasługują na szczególną uwagę oraz niespieszne zwiedzanie. 








No i koniecznie przejazd leśną kolejką, którego nie udało mi się zaliczyć, dlatego jeszcze tam wrócę! 

https://zewszystkichstron.blogspot.com/2016/08/maramuresz-vs-bukowina.html


- Ostatnim miejscem jakie chcę Wam zaproponować jest ukraińskie Zakarpacie i same Karpaty. Sporo ciekawych miast i miasteczek a przede wszystkim wspaniałe góry! Mimo, że byłem tam już trzy razy nadal chce mi się tam wracać i poznawać te ciekawe miejsca. Od większych miast takich jak Użhorod czy Mukaczewo po przez mniejsze (np. Rachów). Ukraińskie Karpaty nie tak zatłoczone jak nasze to, można by rzec nasze Bieszczady x10 tylko jeszcze nie rozdeptane i nie aż tak często odwiedzane, choć baza noclegowa jest tu całkiem spora a region jest atrakcyjny i w lecie i w zimie. 

https://zewszystkichstron.blogspot.com/2019/10/koleja-przez-ukrainskie-karpaty.html 


https://zewszystkichstron.blogspot.com/2015/07/cakiem-uroczy-ten-uzgorod.html 


Berehowe 

Berehowe 

Rachów

Rachów - dworzec 

Pociągiem przez Karpaty