Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wino. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2026

Gruzja po 7 latach przerwy


Chyba pierwszy raz gdzieś poleciałem bez jakichś oczekiwań (choć w dobrze znane mi miejsce) a tylko dlatego, że były tanie bilety. W sensie, że nie dlatego że strasznie chciałem coś zobaczyć bo przecież Gruzję znam doskonale ale chciałem się gdzieś ruszyć. I padło właśnie na ten kraj. Mimo, że nie byłem tam już 7 lat to jednak nie traciłem Gruzji z oczu i mniej więcej wiedziałem co się tam dzieje i co słychać. A nie słychać dobrze. Rządzące Gruzińskie Marzenie po sfałszowaniu wyborów w 2024 roku i wstrzymaniu rozmów akcesyjnych z UE obecnie domyka system, dorzynając wolne media i NGO-sy oraz dążąc do delegalizacji partii opozycyjnych.

Już na lotnisku w Kutaisi widzę, że sporo się zmieniło, nie tylko na gorsze. Terminal się rozbudował i jest obecnie bardziej funkcjonalny niż dawniej. Ale przy kontroli granicznej robią ci zdjęcie kamerą systemu rozpoznawania twarzy. Ładujemy się od razu do autobusu do Batumi, który jest całkowicie zapełniony. Głównie Polacy, Gruzini, Ukraińcy i Rosjanie. Za dwie godziny, około 1 w nocy jesteśmy na miejscu. Stolica Adżarii pięknie oświetlona, nadal udaje kaukaski Dubaj. Szybkie zakupy w sklepie i idziemy do hotelu, który jak się okazało jest źle oznaczony na mapie czyli witaj Gruzjo ;-) Dobrze, że przynajmniej ulica się zgadzała i odnalezienie go na starym mieście nie było trudne. Ktoś kupioną właśnie w sklepie małpkę, ktoś piwo, nocne Polaków rozmowy i zrobiło się po 3. Ale śniadanie dopiero od 9:30 co jest poniekąd słusznym gruzińskim podejściem bo w Gruzji ciężko coś załatwić przed 10tą ;-) To się nie zmienia. 


Chodniki mokre ale na szczęście nie pada. Zostawiamy plecaki w hotelu na przechowanie i w miasto. O Batumi mówi się, że jest najmniej gruzińskim miastem i to chyba prawda. Zwłaszcza teraz gdy apartamentowców przybyło chyba dwukrotnie. Pewnie 1/3 miasta jest na wynajem. Kapitał ruski i turecki a nabywcami są coraz częściej Polacy, choć nie wydaje mi się aby przy takim zagęszczeniu wolnych apartamentów była to obecnie opłacalna inwestycja. Kilka lat temu może tak. No dobra, po pierwsze trzeba kupić gruzińską kartę sim, na szczęście salon Magti jest tam gdzie był. Na tydzień 20 lari, robimy hotspot ze starego telefonu i wszyscy mamy internet. Na bulwarze trwają przygotowania do sezonu, jeżdżą koparki i ładowarki. Jak to przed sezonem – pusto i trochę smutno. Jest nas trzech więc jeden z dużych bezpańskich psów od razu uznaje nas za stado i towarzyszy nam aż do wejścia do kolejki gondolowej, od czasu do czasu zaganiając jeśli ktoś zostanie dalej od reszty. 



Mimo nie najlepszej pogody widok z górnej stacji kolejki robi wrażenie. Na mnie podwójne bo widzę ile się przez te lata nabudowało. Naprawdę niesamowite! 

"Nowe" Batumi - 2015/2026


Bierzemy taksówkę i jedziemy do ogrodu botanicznego. Mnie za bardzo roślinki nie interesują ale widoki stamtąd są przednie. I tak, lepiej dojechać do górnej bramy a zejść potem do dolnej od strony Batumi. Jest jeszcze brama od strony Czakwi. Przy okazji przypomina mi się pytanie, kiedyś często zadawane na jednej z grup dotyczących Gruzji
– czy w Batumi często pada? ;-) Jako odpowiedź mogę napomknąć, że Czakwi to miejscowość, w której notowano najwyższe opady w całym ZSRR ;-) 







Wracamy do Batumi miejskim autobusem numer 10 z okolic bramy dolnej, 1,20 gel, opłata pobierana od razu z karty bankomatowej. Bardzo praktyczne. Trochę spacerów po starym mieście, oczywiście meczet i czas pomału myśleć o obiedzie. 

Pociąg jest jakoś po 16tej, na dworzec jedziemy taksówką. Bilety kupiłem jeszcze z Polski (35 gel) na stronie Kolei Gruzińskich, w tym celu trzeba założyć konto. Do Tbilisi pociąg jedzie 5 godzin, mimo że ma tylko kilka stacji po drodze. Do tego pewnie ze dwa razy trzeba było rozganiać krowy pasące się torach ;-)

Na wieczór jesteśmy w Tbilisi, meldujemy się w hotelu. Dopełnieniem formalności meldunkowych jest od razu plastikowy kubeczek czaczy ;-)

Przed parlamentem, jak co wieczór odbywa się protest, obecnie już mało liczny, przeciw sfałszowanym w 2024 roku wyborom oraz popierający integrację z UE. 




Niestety w nocy zaczyna padać i właściwie cały dzień jest deszczowy. Jedziemy marszrutką do Mcchety, dawnej stolicy. Z dworca Didube, przedsionka piekieł ;-) Przejazd 2 gel. Dworzec Didube to kilka dworców w jednym, nie jestem pewien ile dokładnie i do tego bazar. Resztę sobie wyobraźcie. W Mcchecie obowiązkowe punkty czyli katedra Sweti Cchoweli i klasztor Samtawro. 




W powrotnej marszrutce zaczepia nas kobieta, najwyraźniej zwolenniczka obecnej władzy i powtarza komunały o partii wojny, drugim froncie itd. jednocześnie oglądając na telefonie przemówienie właściciela kraju. Jak widać nie zawsze trzeba chamsko dosypywać głosy do urn, wystarczy sfałszować rzeczywistość. Stare miasto w Tbilisi – to tu, to tam widać zmiany, są już trzy kolejki linowe w centrum, jest turystycznie bo niby jak ma być w centrum. 







Idziemy na obiad do mojego ulubionego baru Racza, który także stał się obecnie dość turystycznym miejscem ale jednak z pewnym klimatem. Szefowa ta sama, trochę się jej przypomniałem. Jest pysznie – gruzińska uczta podlana ociupinką dębowej czaczy. Wieczorem jeszcze wyjazd nową gondolą na Mtacmindę i wieczorna panorama miasta, zjazd w dół funikulorem. 

Dolna stacja kolejki na Mtatsmindę 


Widok z góry na oświetlone miasto, pomyśleć że dwadzieścia lat wcześniej z kawałkiem, prąd był włączany w poszczególnych dzielnicach na dwie godziny a na prowincji wcale. Siadamy jeszcze w przypadkowej ale jakże klimatycznej knajpce na piwo i dzień pomału dobiega końca. 







Siedząc we wspomnianej knajpce znajduję na bookingu propozycję wycieczki po Kachetii. Chcieliśmy jechać do Kazbegi ale wszyscy nam to odradzają ze względu na zagrożenie lawinowe. Więc region winiarski. Znajduję wycieczkę za 11 euro/osoba i się nie zastanawiamy.

Rano meldujemy się w wyznaczonym miejscu przy Rustaweli. Najpierw Kroniki Gruzji – monumentalna, wielka grupa obelisków na wzgórzu nad tzw. Tbiliskim Morzem – sztucznym zbiornikiem wodnym. Kilka szybkich zdjęć bo tak nieprawdopodobnie wieje, że ciężko utrzymać się na nogach. 



Po drodze do Sighnagi zatrzymujemy się w przydrożnym sklepie producenta różnych trunków, degustujemy, chętni kupują. Potem jeszcze klasztor Bodbe i pierwsze widoki na Kaukaz. W „mieście miłości” – Sighnagi, zatrzymujemy się przy knajpie, której za moich czasów nie było, za to w tym miejscu zawsze wchodziłem z grupami na mury obronne. Fajna, nowa restauracja z dużymi szybami, dzięki czemu można podziwiać Kaukaz i Nizinę Alazańską przy dobrej widoczności. Tu już fachowa piwniczka z klimatem do przeprowadzania degustacji co też następuje. 


Później obiad na własny koszt a później spacer po murach obronnych i po mieście. Cóż, przypominam sobie stare kąty. Sighnagi to pierwsze miasto poddane kompleksowej rewitalizacji w czasach Saakaszwilego. 











Sprawny powrót do Tbilisi spędzam na drzemce a wieczorem jeszcze spotkanie w jednej ze znanych mi knajp – z niektórymi nie ma jak spotkać się w Polsce ale jak się okazuje, można w Gruzji ;-)

Zapomniałem dodać, że przedłużyliśmy nasz pobyt w hotelu (pierwotnie miały to być dwie noce), więc procedurę meldunkową trzeba było powtórzyć ;-)

Rano zwalniamy pokoje i idziemy powłóczyć się jeszcze zupełnie na spokojnie po mieście. Targ staroci na suchym moście, niespieszna kawa na deptaku Akmashenebeli, no i spacery po mniej lub bardziej uczęszczanych częściach starego miasta. 

Wodospad w centrum miasta ;-) 



Obiad w sieciówce na Placu Wolności i trzeba się zbierać na pociąg na lotnisko. Jest to kolejna nowość dla mnie – wybudowano stację w pobliżu lotniska w Kutaisi a przed sam terminal dowozi skoordynowana z pociągiem marszrutka. 


Kontrola bezpieczeństwa (skaner), kontrola paszportowa, jeszcze tylko system rozpoznawania twarzy chwilę mieli czy przypadkiem nie znajdzie mojej twarzy przy próbie blokady którejś z ulic wraz z protestującymi (bo wtedy jest horrendalny mandat) i można rozejrzeć się po bezcłówce. Samolot trochę opóźniony ale potem nadrabia.

Tak oto zakończyła się moja pierwsza, po kilkuletniej przerwie wizyta w Gruzji. Było jak zwykle smacznie i ze spektakularnymi widokami. Zostawiłem w Sakartvelo wiele lat mojego życia, najpierw jako zwykły turysta rok rocznie odwiedzający ten kraj, gdy nic tam jeszcze nie latało z Polski, potem w NGO promującym Gruzję a potem w firmie organizującej tam turystykę. Gruzja z prymusa pro zachodnich zmian stała się niestety brzydkim kaczątkiem, dla którego demokratyczne standardy to zagrożenie utraty władzy dla rządzących. Oni nie są aż tak bardzo pro rosyjscy, oni są po prostu pro $$$ i przyświeca im hasło: władzy raz zdobytej nigdy nie oddamy. System został zabetonowany i jest dość skutecznie i brutalnie domykany przez nowe absurdalne przepisy, wzorowane często na „prawie” rosyjskim. Myślę, że część inteligencji i młodych ludzi zacznie po prostu wyjeżdżać z kraju. Obecnie nie widzę szans na demokratyczną zmianę władzy w Gruzji. Może do tego doprowadzić zmiana sytuacji światowej (np. głęboki kryzys i dalsze słabnięcie Rosji) albo kolejna rewolucja, na którą się jednak nie zapowiada. Gruzini mają dosyć wojen i rewolucji, chcieliby trochę spokojnie pożyć i się wreszcie wzbogacić.

Mimo to jest to nadal znakomity kraj na wakacje, mający dużo do zaoferowania. Prywatne hotele i pensjonaty oraz usługi turystyczne dają pracę miejscowym i przeważnie nie mają barw politycznych. A że kraj ma niedostatki w demokracji? A czyż nie jeździmy do takich bezobjawowych demokracji jak Egipt, Emiraty czy sąsiedni Azerbejdżan, coraz bardziej popularny wśród Polaków?

Turystycznie Gruzja to nadal wspaniały kraj. 

Flagi unijne na lotnisku w Kutaisi jako fasada albo listek figowy... 


piątek, 18 lipca 2025

Macedonia Północna

Już samo lądowanie w stolicy Macedonii Północnej, Skopje dostarcza emocji i ładnych widoków – samolot schodzi do lądowania wśród gór i siada na lotnisku gdzie przez okienka widać głównie góry. 




Wreszcie dotarłem do Macedonii! Do kraju i regionu tak plastycznie opisywanego przez Kapka Kassabova w swojej książce, do niedocenianego kraju na turystycznej mapie Europy.

SKOPJE

Z lotniska szybko docieramy w pobliże centrum do hotelu, wypożyczonym samochodem. Nie tracąc czasu idziemy zwiedzać, jak mawiają niektórzy, stolicę kiczu. Monumentalny projekt Skopje 2014 pochłoną kupę kasy, kwestia tylko ile z niej rozeszło się bokiem. Mijamy Łuk Triumfalny (to już drugi jaki oglądam w tym roku po Bukareszcie), powstał on w latach 2011/12 i ma upamiętniać 20 lat niepodległości Macedonii. 



Wchodzimy w monumentalne centrum z okazałymi gmachami i pomnikami mającymi nawiązywać do Aleksandra Macedońskiego ale głośno o tym nie mówiących z uwagi na zadrażnienia z Grecją. 

Kliknij w zdjęcie aby zobaczyć je we właściwym rozmiarze 







My natomiast dość szybko kierujemy się do Kamiennego Mostu i do Carsiji – dawnego starego bazaru, dziś zagłębia knajp bo jesteśmy spragnieni bałkańskiego jedzenia oraz jedzenia w ogóle. Górująca nad starówką twierdza jest czynna do 17 więc oglądamy ją tylko z zewnątrz, do pobliskiego meczetu schodzą się ludzie na modlitwę, zaczepia nas facet pytając skąd jesteśmy i rekomendując nam różne rzeczy do zobaczenia w Macedonii. 







Kręcimy się trochę, klimatycznymi uliczkami aby wreszcie zasiąść w jednej z knajp na dużą dawkę przypominającą bałkańskiej kuchni. 


Jestem świadom, że nie widziałem wszystkiego w Skopje ale miałem tam tylko dwa wieczory – pierwszy i ostatni. Z pewnością warto wjechać kolejką gondolową na pobliską górę czy zobaczyć miasto z twierdzy ale doba nie jest z gumy. Może jeszcze kiedyś się uda. Wielbicielom soc modernizmu z pewnością rekomenduję zobaczyć główny budynek poczty w samym centrum. 



KANION MATKA, TETOWO I POPOWA SZAPKA

Kilkadziesiąt minut jazdy samochodem od Skopje znajduje się jedna z bardziej znanych atrakcji Macedonii – Kanion Matka. Sztucznie spiętrzone wody rzeki Treski tworzą malownicze jezioro wśród wysokich skał. Ruszamy w krótki rejs łódką o napędzie elektrycznym a później gość wysadza nas w przygodnym miejscu bo chcemy jeszcze połazić, Idziemy więc wzdłuż kanionu wyznaczoną ścieżką w niektórych miejscach zabezpieczoną barierkami aż docieramy do końca szlaku. 







W drodze powrotnej łapie nas deszcz. Przejeżdżamy do Tetowa, głównego miasta zamieszkujących Macedonię Albańczyków. Miasto nie jest specjalnie ciekawe ale koniecznie będąc tam trzeba odwiedzić kolorowy meczet. Rejon Tetowa jak i północnej części Macedonii był w 2001 roku areną poważnych starć Albańczyków z rządowymi siłami bezpieczeństwa, właściwie prawie doszło do otwartej wojny. Kilkanaście lat później miały też miejsce poważne zamieszki z użyciem broni palnej. Konflikty na szczęście udało się zażegnać, Albańczycy mają swoją reprezentację w parlamencie, współtworzą także kolejne rządy. 



Meczet jest wspaniały, kolorowy zarówno na zewnątrz jak i w środku. Odczekaliśmy aż skończą się trwające akurat modły i gdy świątynia opustoszała udaliśmy się do środka. Buty trzeba zdjąć, co oczywiste ale trzeba to zrobić w sposób następujący: stanąć przy zaczynającym się dywanie ale jeszcze na odsłoniętym kamieniu i zdejmując but, nogę w skarpetce położyć już na dywanie aby noga nie miała kontaktu z kamieniem, po którym chodzi się w obuwiu. W środku można robić zdjęcia ale wypada dać po euro od osoby na utrzymanie meczetu. Sama świątynia zaś powstała w 1438 roku. 







Nocleg mamy w górach gdzie może być problem z restauracją więc postanawiamy zjeść w Tetowie. Odwiedzamy jeden z nieodległych barów w centrum. Jedyną wadą jest brak alkoholu, nie widzimy go faktycznie nigdzie w mieście a przynajmniej w centrum. 

Cerkiew w Tetovie


Widok na Tetovo 


Po sutym obiedzie jeszcze do czajowni na turecką herbatę i można ruszać serpentynami na Popową Szapkę – znany kurort narciarski, o tej porze roku dość wymarły. Znajdujemy bez problemu wynajęty jeszcze z Polski dom i po zakwaterowaniu stwierdzamy, że tu jest jakby luksusowo ;-) a wszystko za nieco ponad pięćset złotych co na pięć osób daje kwotę zupełnie przyzwoitą. 



Rano połaziliśmy chwilę po okolicy ale pogoda nie była sprzyjająca. Zobaczyliśmy cerkiew po drugiej stronie i ruszyliśmy dalej. 







MAWROWO, GALICNIK, MONASTYR BIGORSKI

Jadąc najpierw autostradą a później górskimi drogami dojechaliśmy do Mawrowa. Położone nad sztucznym jeziorem, jest z pewnością dobrym punktem wypadowym przy wyjściu w góry, pieszo lub z rowerem. 


Pogoda nadal była mocno średnia więc skupiliśmy się na kulinariach a niektórzy na rakiji ;-) Kelner zapytał nas skąd jesteśmy a gdy usłyszał, że z Polski to stwierdził, że tak właśnie myślał gdyż przyjeżdżają tam głównie Polacy i Czesi. Wieczór był chłodny więc nie mogliśmy skorzystać z tarasu w naszej kwaterze. Na drugi dzień, mimo znów nie najlepszej pogody staramy się coś zobaczyć. Najpierw słynny zatopiony kościół Św. Mikołaja, który nie jest już zatopiony bo wody ubywa. Powstał w 1857 roku. 





Później wąską, górską drogą jedziemy do wioski Galicznik słynnej ze swoich przeprowadzanych raz do roku ludowych ślubów. Po drodze na przełęczy widoczność może na 5 metrów. Ale w samej wsi odsłania nam się przecudny widok. Na jakieś 10 minut ;-) 

Wracamy tą samą drogą, chmury i mgła rzedną ale z widoków nici. Przy ładnej pogodzie jest to z pewnością raj dla fotografów, rowerzystów górskich i wędrowców. My zaś jedziemy dalej bo dziś chcemy jeszcze dotrzeć do Ochrydy. Najpierw jednak, malowniczą drogą docieramy do monastyru Bigorskiego. Fantastycznie położony na zboczu góry, nad doliną rzeki Radika, założony w 1020 roku. W tak długiej historii przechodził oczywiście różne koleje losu, w XVI wieku zniszczony przez Turków, odbudowany w XIX stuleciu ostatnio częściowo spłonął w 2009, choć śladów po tym zdarzeniu już nie widać. Piękna i naprawdę imponująca budowla. No i te widoki. 
















Jadąc wzdłuż Czarnego Drinu, nad zbiornikiem wodnym zauważamy kolejny śliczny monastyr – Georgija Zwycięscy – pięknie położony nad jeziorem i chyba niedawno odnowiony. Zatrzymujemy się w nim na chwilę. 








Późnym popołudniem docieramy do Ochrydy.

OCHRYDA, JEZIORO OCHRYDZKIE I OKOLICE 




W pierwszy wieczór była tylko restauracja i wieczorny spacer po mieście za to na drugi dzień płyniemy w rejs do monastyru Świętego Nauma przy samej granicy albańskiej. Wszystkie łódki i statki wycieczkowe wypływają po 10, koszt 25 euro. Bardzo warto zafundować sobie taki rejs aby z tego ogromnego jeziora zobaczyć i Ochrydę i inne miejscowości na wybrzeżu. Mały katamaran na kilka osób, którym płyniemy zatrzymywał się kilka razy po drodze abyśmy mogli zobaczyć inne atrakcyjne miejsca. 













Przepływa także koło dawnej willi marszałka Tito. Rejs trwa pół dnia i naprawdę warto. Na miejscu macie około dwóch godzin ale warto także udać się w kolejny rejs, tym razem krótki, wiosłową łódką do źródeł Czarnego Drinu. Woda jest tam krystalicznie czysta, miejscowi mówią, że można ją pić. 



Sam monastyr zaś zwiedziliśmy… dwa dni później bo zasiedzieliśmy się w restauracji ;-)

Sama Ochryda to bardzo stare miasto, istniejące od czasów starożytnych. Przebiegała przez nie słynna Via Egnatia. Klimatyczne stare miasto, uliczki, zaułki, kolejne nieraz zupełnie małe cerkiewki pojawiające się znienacka. No i tych kilka najgłówniejszych i najbardziej znanych: Św. Zofii, Św. Pantalejmona i ten najbardziej znany widoczek z Macedonii – cerkiew Św Jovana (Jana). Ale także działające meczety. A do tego restauracje i cała masa innych atrakcji. 













Fajne miasto. Do lub z Św Jovana przejdźcie się pomostami i fajnymi wąskimi przejściami wśród domów. Zobaczcie także górującą nad miastem twierdzę Samuela (sprawdźcie godziny otwarcia bo raz odbiliśmy się od bramy). 


















Ruszamy dalej z pięknej Ochrydy, wreszcie zwiedzamy klasztor Św. Nauma oraz obchodzimy też inne okoliczne cerkwie położone wokół źródeł Czarnego Drinu. 





Zwiedzenie jednej z nich umożliwia nam obecny na miejscu jegomość z brodą mówiący trochę po macedońsku, trochę po angielsku a trochę po… rosyjsku. My tymczasem podziwiając piękne widoki z drogi do przełęczy jedziemy krętą drogą przez Park Narodowy Galiczica w kierunku drugiego jeziora – Prespy. Po drodze stajemy jednak w punkcie widokowym aby ostatni raz spojrzeć na Jezioro Ochrydzkie. 





Prespa jest bardziej dzika i niezagospodarowana. Woda z tego jeziora przesiąka do ochrydzkiego. Zatrzymujemy się na mały urbex przy dawnym hotelu Europa – najbardziej znanym tego typu obiekcie w Macedonii. Zakończył działalność po pożarze w lobby ale nie wydaje się aby ten pożar był aż taki by hotel się po nim nie podniósł. 











Pięknie położony z widokiem na jezioro. Zwiedzamy go aż do ostatniego piętra. A później jedziemy prosto do Bitoli.

BITOLA

Jak wiele miast w Macedonii czy ogólnie na Bałkanach jego historia jest bardzo długa. Do naszych czasów nie dotrwało zbyt wiele zabytków ale nie można nie wspomnieć o Heraklei założonej przez Filipa II Macedońskiego w IV wpne. Znajdziemy tu także dwa meczety z XV i XVI wieku oraz wieżę zegarową z XVIw. Życie miasta koncentruje się wokół głównego deptaku, choć oddalając się od niego znajdziemy też ciekawe ulice z fajnymi kamieniczkami w dużej części dość zaniedbanymi ale mającymi klimat. 









Bitola może być też dobrą bazą wypadową w góry Parku Narodowego Pelister. My pojechaliśmy tam bardziej w celu biernego wypoczynku na łonie natury. 






PRILEP, MONASTYR TRESKAVEC

Na końcowej trasie do Skopje zatrzymujemy się jeszcze w mieście Prilep mającym kilka fajnych uliczek dawnej carsiji oraz ruiny meczetu ale zgiełk szybko nas wypłasza. 









Ruszamy więc do nieodległego monastyru Treskavec. Droga jest kręta i prowadzi ostro pod górę. Później trzeba zostawić samochód i dojść, także pod górę. Ale widoki rekompensują każdy wysiłek! 
















Pochodzi z XII – XIII wieku i jest wspaniale położony. Widoki na każdą stronę są wspaniałe ale nic dziwnego bo jesteśmy na wysokości ponad 1400 mnpm. Ta kapitalnie położona świątynia jest fajnym akcentem na koniec, ponieważ czeka nas ostatnia kolacja w Skopje a przed południem wyjazd na lotnisko. 



Macedonia to przyjemny kraj i z pewnością mam w nim jeszcze sporo do odkrycia, choćby więcej Skopje ale mam też ochotę jeszcze pokręcić się po Ochrydzie czy Bitoli. Z pewnością nie nudziłbym się tam przy kolejnej wizycie.


Uwagi:

Lecieliśmy LOTem co nie wychodzi może najtaniej ale z Bratysławy lata Wizzair. 



Kantory, przynajmniej te, które spotkaliśmy nie mają tablic z kursami. W Skopje kurs był uczciwy w Ochrydzie już niekoniecznie. Jest sporo bankomatów. W niektórych turystycznych atrakcjach można płacić w euro a na niektórych stoiskach z pamiątkami nawet w złotówkach. 

Denary macedońskie


Drogi są dobre, autostrady płatne na bramkach, zwykle niewielkie kwoty. Paliwo tańsze (maj 2025).

W niedzielę sklepy są nieczynne (czasem jedynie małe sklepiki są otwarte).