środa, 24 lutego 2016

Krakowskie paśniki *

EDIT 2 25.11.2023. 
Tekst nie będzie uaktualniany 


Edit 8.01.2017. 
Dziś zmieniłem tytuł oraz podjąłem decyzję o stałym uaktualnianiu tego tekstu. Knajpy pojawiają się i znikają, tylko niektóre trwają latami. Warto to odnotowywać i opowiadać o tych ciekawszych. I nie tylko na Kazimierzu. 
############################################################
Jeśli spacerujecie po krakowskim Kazimierzu lub po prostu wyszliście poimprezować i nagle zgłodnieliście, to chcę Wam pokazać kilka miejsc gdzie można dobrze i smacznie zjeść. Wszystkie te miejsca sprawdziłem osobiście a spędzam na Kazimierzu sporo czasu.

Okrąglak na „Żydzie” wszystkim kojarzy się z zapiekankami. Jak dla mnie większość z nich jest już zwyrodniała i przybrała dość nienaturalne, wręcz monstrualne rozmiary. Z okrąglaka chcę wam zaproponować jedno z okienek, w którym zapiekanki nie kupicie. Kupicie tam porchettę – kanapkę na ciepło z Toskanii ze wspaniale zamarynowanym mięsem, niewielką ilością sosu, tak na smak w bardzo smacznej bułce. Polecam zwłaszcza porchetta clasic. 

EDIT: Niestety okienko zniknęło jakiś czas temu. Podobno ma się otworzyć na nowo w imprezowni na Dolnych Młynów. Inna sprawa że pod koniec istnienia na Kazimierzu jakość strasznie spadła. 
EDIT 2.09.2019.: Miejsce odrodziło się w kompleksie na Dolnych Młynów, teraz nie są okienkiem tylko knajpą z jedzeniem i licznym wyborem trunków. Jakość wysoka, warto. 


 


Przechodząc do następnego dużego placu na Kazimierzu – Wolnicy jest co zjeść ale także co wypić. Jakiś czas temu pisałem o znajdującej się tam knajpie serwującej bardzo dobre piwo z browaru Ursa Maior w Uhercach Mineralnych. Polecam ponownie. EDIT: Nadal polecam mimo, że ostatnio przesadzają z cenami. 
Ale idąc dalej dojdziemy do rogu ulicy Bocheńskiej i Mostowej gdzie znajdziemy znakomitą restauracje Well Done. Jednym razem, po spałaszowaniu największego burgera jaki mają w karcie nie mogłem się podnieść od stolika! A zaraz za nią Ambasada Zupy – nowo otwarta knajpka z zupami. Od polskich, tradycyjnych po kremy. Żurek polecam! 
EDIT 2.09.2019: Na miejscu zup (Ambasada Zupu) powstała pizzernia, połączona z Well Done. 

EDIT: Ambasada Zupy zamieniła się ostatnio w pizzerię i z całą pewnością warto tam zaglądnąć. 
EDIT: Burgerownia i pizzeria połączyły się w jedno i powiększyły, jest teraz więcej miejsca, lokal przeszedł remont i koniecznie trzeba go odwiedzić. 

Na Kazimierzu namnożyło się ostatnio przeróżnych food trucków. Chcę wam polecić inny niż wszystkie. Inny bo gruziński! No przecież nie mógłbym tam nie trafić! Ulica Dajwór 21. Działają od niedawna, na razie chyba tylko w weekendy ale naprawdę warto ich odwiedzić. Szaszłyki i kebaby robi rodowity Gruzin więc nie mogą nie być dobre! Przy tym musicie wiedzieć, że ich kebab nie ma nic wspólnego z tym co znamy u nas. Spróbujcie koniecznie lula kebab a w zimne dni znakomicie rozgrzeje Was rodzaj gruzińskiego warzywnego miszmaszu  – adżapsandali. Działają tylko w weekendy a do końca stycznia 2017 mają wolne. 

EDIT 2.09.2019: Zamiast przyczepy mają teraz restauracje Tbilisuri w ślepej części ulicy Maiselsa od strony Krakowskiej. Polecam! 



Szaszłyki oraz gruzińskie kebaby

Dobra, nie lubicie jeść na ulicy albo nie macie ochoty na bułkę z mięsem? Proszę bardzo! Na ulicy Dietla, bliżej Stradomskiej otwarł się azerski restobar. Menu regionalne i nawet azerskie wino mają! 
Edit 8.01.2017: Kaspijskiej knajpy już nie ma. Pojawiła się indyjska.

Edit 8.01.2017. Dla zwolenników szybkiego jedzenia mam propozycję - istniejący od kilku lat lokal z kuchnią syryjsko - libańską na ulicy Wawrzyńca. Zarówno kebaby do ręki jak i dania na talerz. 
I druga propozycja (8.01.2017.) - restauracja ukraińska na ulicy Dajwór 2A. Znakomita kuchnia, miła obsługa, wino ukraińskie. Gorąco polecam. Gołąbki i barszcz ukraiński były pyszne! Muzyka ukraińska w tle, nowocześnie urządzone, przestronnie. Ceny restauracyjne ale umiarkowane. 
EDIT 2.09.2019: Niestety ukraińskiej już nie ma. 
Jeśli chodzi o propozycje kuchni zakaukaskiej to od kilku miesięcy mamy też opcję ormiańską na Alei Zygmunta Krasińskiego 8, niedaleko Jubilata. Bardzo dobra i ciekawa propozycja, armeńskie wino. 
https://www.facebook.com/Arme%C5%84ska-Restauracja-629870037162139/ 
EDIT 3.04.2017.: 
Gastronomiczna mapa Krakowa robi się coraz ciekawsza, właściwie z tygodnia na tydzień.
W przejściu podziemnym po miedzy Galerią Krakowską a plantami, w jego bocznej odnodze w kierunku ulicy Westerplatte powstał ciekawy i smaczny ukraiński bar. Możecie tam spróbować np. czeburiegów (kto zdążył być na Krymie ten wie o czym mowa) a niewiele jest miejsc w Krakowie gdzie można je dostać. Do tego pyszny barszcz ukraiński czy solianka. Jedyne zastrzeżenie to ceny – trochę zbyt mało barowe a bardziej restauracyjne. Ale warto tam się przejść aby smacznie zjeść i wesprzeć tych ludzi, hasło do wi-fi nie pozostawia złudzeń skąd przybyli (doneckua). 

Fantastyczną regionalną propozycją jest Balkan Grill na Floriańskiej. Dwa miesiące po powrocie z Bałkanów pobiegłem tam spragniony ich kuchni i nie zawiodłem się. Cevapcici i pljeskavice są pyszne a ceny przystępne. 

Na Kazimierzu mamy prawdziwy wysyp knajp gruzińskich! I bardzo dobrze bo tamtejsza kuchnia jest wspaniała! Pierwsza była restauracja na rogu Augustiańskiej i Dietla. Tylko powierzchownie przeze  mnie przetestowana ale test wypadł pomyślnie, kumpel jadł chinkali i chwalił.
Prawie rok temu na rogu Mostowej i Podgórskiej przy samej pieszej kładce powstała Chinkalnia – kolejna gruzińska restauracja należąca do sporej sieci knajp. Lula kebab czy zupa charczo bardzo dobre i świetnie doprawione. Sprawna obsługa, ceny normalne. 


Najnowszym gruzińskim dzieckiem na Kazimierzu jest Tbilisuri w ślepej części ulicy Meiselsa. Pamiętacie gruzińskiego food trucka na Dajworze? To ludzie z nim związani otwarli ta knajpę i mam nadzieję że trzymają ten sam wysoki poziom co w czasach przyczepy. Jeszcze tam nie byłem ale zapewne tak jest gdyż bardzo ciężko tam o wolny stolik bez wcześniejszej rezerwacji. 

Inną propozycją „kebabową” jest Kebab 13 na Wolnicy. Bardzo dobre jedzenie, trzy rodzaje mięsa, sałatki. Czasem jedynie trzeba dość długo czekać na realizację zamówienia ale mnogość klientów świadczy o jakości i smaku ich jedzenia. 


Na koniec nie mogę nie wspomnieć o legendzie krakowskiego ulicznego jedzenia – doskonale znanych kiełbaskach z niebieskiej nyski sprzedawanej w godzinach nocnych w rejonie hali targowej na Grzegórzeckiej. Kolejka do nyski wrosła w krajobraz Krakowa jak ona sama. 

Zgłodnieliście? To trzeba wrzucić coś na ruszt.
Opisane przeze mnie miejsca to moja subiektywna ocena, poparta jednak wieloma dniami (i nocami) spędzonymi na krakowskim Kazimierzu.  

czwartek, 18 lutego 2016

Po co światu Kurdowie

Wczoraj w nocy skończyłem bardzo dobrze napisaną książkę Pawła Smoleńskiego „Zielone Migdały czyli po co światu Kurdowie”. Dzięki tej lekturze mój umysł powrócił w mocno zaniedbany od wielu lat przeze mnie rejon świata. Przypomniałem sobie, znane mi przecież nazwiska Talabani czy Barzani – dwa główne klany irackiego Kurdystanu – obecnie autonomii w ramach rozpadającego się Iraku ale tak właściwie niezależnego państwa z własnych rządem, prezydentem, armią i policją a nawet ambasadami, które jednak nie jest uznawane przez żadne państwo na świecie.

Z początku, zagłębiając się coraz bardziej w książkę myślałem, że autor ma nieco zbyt wyidealizowane spojrzenie na Kurdów jednak mimo opisów ich narodowych tragedii z ostatnich kilkudziesięciu lat, masowych mordów popełnianych na nich przez wojska Saddama Husajna, całej tej potwornej martyrologii, Paweł Smoleński trzeźwo ocenia wszystkie aspekty historii, współczesności narodu kurdyjskiego, jego wierzeń i tradycji. Nie ucieka też od trudnych tematów, nie przynoszących im chwały – bratobójczej wojny domowej z lat 90-tych czy zwyczaju (na szczęście coraz bardziej zanikającego) obrzezywania dziewczynek. Mimo wiec wielu podróży tam odbytych i licznych ludzi jakich tam poznał i może nawet się zaprzyjaźnił, pozostaje obiektywnym obserwatorem dzisiejszego Kurdystanu. 
 Współczesny nam iracki Kurdystan to region dynamicznie się rozwijający, gdzie co rusz powstają nowe obiekty, centra handlowe czy inne biznesy. Obecna wojna z ISIS może niestety zaprzepaścić te pozytywne zmiany, choć trzeba wyraźnie powiedzieć że peszmergowie (kurdyjscy bojownicy) są w tej chwili jedyną realną siłą mogącą zatrzymać islamskich fanatyków. I robią to z dużym powodzeniem. Byle tylko Turcja nie wsadzała im kija w szprychy, byle tylko znów nie zostali zdradzeni przez zachód i wschód.
Książkę oczywiście polecam.  

czwartek, 11 lutego 2016

Pitbull. Nowe Porządki

Wreszcie wybrałem się na nowego Pitbulla. Hmm… Inny w swoim klimacie niż ten do którego przywykliśmy czyli poprzedniego (film + serial). Ale nie gorszy! Inaczej zrobiony, inaczej pokazany. W filmie z przed ponad dziesięciu lat (tak, tak, czas nie stoi w miejscu!) widzieliśmy właściwie tylko pracę i życie policjantów, świat widziany był przez ich pryzmat. W nowym filmie widzimy też świat z drugiej strony barykady. Jakby w tle pojawiają się postacie znane z poprzedniego filmu – Gebels i Igor ale postaciami głównymi są policjant Majami (ksywka raczej jedynie inspirowana pewnym znanym byłym „przykrywkowcem”) oraz „Babcia” – gangster (Bogusław Linda) i jego kumple. 
foto internet 


Akcja chwilami może wydawać się nieco chaotyczna ale tu z pewnością pomoże przeczytanie wcześniej książki Patryka Vegi „Złe Psy”. 
Tak czy inaczej film polecam. 
https://www.youtube.com/watch?v=Zcj4fc9na4M  

Edit 30.12.2016. 
Niedawno zobaczyłem film ponownie i jednak stwierdzam że jest tylko "niezły". Do pierwszego Pitbulla dzieli go przepaść. 

sobota, 6 lutego 2016

Priorytety

Bardzo mało piszę ostatnio ale cóż – chyba brak weny spowodowany brakiem inspirujących wyjazdów. Trzeba to będzie koniecznie zmienić.

Pamiętacie mój tekst z lipca zeszłego roku o Czechach i Węgrach? 
No więc dziś, prawie jednocześnie podczas porannej prasówki rzuciły mi się w oczy dwa artykuły o naszych wspomnianych wyżej sąsiadach. Pierwszy traktował o Węgrach Orbana. 
Tekst jakby potwierdza moje wcześniejsze spostrzeżenia. Kraj, w którym Orban jedzie na nacjonalistycznym koniu wielkich Węgier, odbudowuje nacjonalistyczne ego narodu ale który jednocześnie raczej klepie biedę. No cóż, znana zasada nie ma chleba, będą igrzyska. Obecne Węgry znakomicie wpisują się także w politykę zagraniczną Rosji dążącej do osłabienia i rozbicia Unii Europejskiej, która nie jest może tworem idealnym ale jak na razie dla nas jedynym, gwarantującym jaką taką stabilność na kontynencie. Do tego osłabienia, świadomie lub nie przykłada się ostatnio także nasze państwo.
Drugi tekst był o Czechach i czeskim pragmatyzmie. 
Czesi zawsze chyba patrzyli na nas z pewnego rodzaju politowaniem jak machaliśmy szabelką przy różnych okazjach i ginęliśmy tysiącami w różnych wojnach. Czeski pragmatyzm polega raczej na ułożeniu się, dostosowaniu i dzięki temu przetrwaniu a w dzisiejszych czasach zarobieniu na tym pieniędzy. Nie ukrywam, że nieco mierzi mnie takie podejście gdyż zawsze uważałem, że obowiązkiem każdego obywatela jest walka i opór stawiany ewentualnemu najeźdźcy, ale cóż – jestem Polakiem ;-)
Na oba teksty należy jeszcze spojrzeć przez pryzmat kryzysu migracyjnego, który destabilizuje Europę, wzmaga zachowania ksenofobiczne i faszystowskie co oczywiście jest na rękę Putinowi finansującemu różne podejrzane partie i organizacje w zachodniej Europie, u nas także lub wykorzystujący różnych użytecznych idiotów z wąsami, nawet zasiadających w euro parlamencie. Odnośnie finansowania przez Rosję partii i organizacji w Europie wywiad USA wszczął ostatnio dochodzenie.  
Niestety zaczynamy też zapominać pomału o tym co się dzieje na Ukrainie, przygnieceni własnymi problemami, które toczą kontynent i poszczególne kraje. Obyśmy nie złożyli niezależności naszego wschodniego sąsiada na ołtarzu robienia biznesów z Rosją. 

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Stacja w Nowym Łupkowie

Pod koniec października 2015 roku stałem sobie na peronie stacji kolejowej w Nowym Łupkowie, która jest dawną stacją przeładunkową drewna, które przyjeżdżało kolejką wąskotorową z głębi Bieszczadów, na pociągi „normalno” torowe. Środkowy peron a właściwie rampa przeładunkowa jest właśnie do tego przystosowana – z jednej strony dochodzą normalne tory a z drugiej „wąskie”. Linia ciągnie się dalej do Łupkowa i dalej na Słowację – obecnie nie jest używana. Tak sobie pomyślałem: jak by to było wspaniale gdyby kiedyś udało się przywrócić takie połączenie dla ruchu pasażerskiego – z jednej strony od Komańczy przyjeżdża pociąg (szyno bus) z którego wysiadają turyści a z drugiej oczekuje na nich bieszczadzka ciuchcia, która zabierze ich do Cisnej albo jeszcze dalej… Niestety o ile tory normalne są przejezdne o tyle wąskie są w złym stanie i potrzeba by zapewne sporych nakładów aby przywrócić im funkcjonalność. Ale niewątpliwie była by to wspaniała turystyczna atrakcja!

Pozostaje się cieszyć z przywrócenia połączeń szyno busem do Komańczy. Ostatnio ktoś nieśmiało wspominał o przywróceniu połączenia pasażerskiego ze Słowacją – taki szyno bus mógłby przecież funkcjonować do pobliskich Medzilaborców do których bez samochodu nie sposób się dostać. Ożywiło by to ruch turystyczny i być może przyciągnęło Słowaków na nieco tańsze zakupy u nas. Może kiedyś… 


Po prawej wąskie, po lewej normalne ;-) 

Zaś o granicznej stacji Łupków fani kolei mogli usłyszeć ponownie w listopadzie gdy przetoczony tam został słynny pociąg – salonka towarzysza Gierka.  

czwartek, 24 grudnia 2015

Rewolucyjne święta

Jedenaście lat temu wigilię i święta spędziłem w dość wyjątkowy sposób – na ogarniętej Pomarańczową Rewolucją Ukrainie. Łatwo nie było – najpierw w nieogrzewanym wagonie pociągu do Przemyśla, potem w zimnym autobusie dwie albo trzy godziny na granicy z Ukrainą. Wigilia symbolicznie w wyjątkowo, jak na Ukrainę, pustym pociągu do Kijowa. Wigilia składała się z opłatka i piwa.

Gorączka na Majdanie, poznawanie kolejnych ludzi, fotografowanie. Nagle jeden z Ukraińców z miasteczka namiotowego mówi do nas: - przecież u was są teraz święta. Odpowiadam, że tu dzieją się ważniejsze rzeczy. Poznany na Chreszciatiku w miasteczku namiotowym Andriei (-„jestem ze Zbaraża…. A, przecież myśmy się tam z wami bili 300 lat temu”) dzwoni z pożyczonej od kogoś komórki do kobiety, którą zna tylko przez telefon i załatwia nam u niej nocleg. Specjalnie dla nas. Cóż, to był taki czas, że jak się mówiło, że jest się z Polski to otwierało wszystkie drzwi. 


Wieczór wyborczy, na Majdanie zbierają się tłumy. Powiewają flagi, pomarańczowe, ukraińskie, gruzińskie, polskie. Wstępne wyniki wyborów: Juszczenko wygrywa! Tłum szaleje z radości. Kilka razy przepychamy się bliżej sceny bo podobno zwycięzca ma się na niej pojawić. Ludzie widząc nasze aparaty i rozpoznając w nas obcokrajowców starają się abyśmy dotarli jak najbliżej sceny i zrobili jak najlepsze zdjęcia. Mówią: niech świat to zobaczy. Wreszcie ok. 2 w nocy pojawia się Juszczenko wraz z całą świtą. Tłum szaleje. Widać wielką radość i entuzjazm. Trwają przemowy i podziękowania. Nowy prezydent nie zapomina także o Polakach. Na koniec owija wszystkich swoich współpracowników szesnastometrowym szalem, oczywiście pomarańczowym, który jeśli dobrze zrozumiałem otrzymał od kobiet z Polski. W pewnym momencie łapie mnie za rękaw staruszka i pyta czy nie baliśmy się przyjechać, że tu jeszcze może różnie być, że może polać się krew… Nie, nie baliśmy się, warto było tam pojechać, bo na naszych oczach rodziła się historia, to fenomenalne uczucie! 








I naprawdę nie jest dla mnie teraz ważne, że osiągnięcia Pomarańczowej Rewolucji zostały zaprzepaszczone i to przez polityków, których ona wyniosła do władzy. Przez ich spory, wojny podjazdowe i chwilowe sojusze oraz rządzę władzy i pieniędzy owoce pierwszego Majdanu zostały zmarnowane. Ukraina straciła kolejne dziewięć lat. Ale warto było tam być i patrzeć na to wszystko, warto było spędzić te święta z tymi ludźmi w sercu Kijowa!
Dziewięć lat później na Majdanie Niezałeznosti znów zawrzało a historia zerwała się z łańcucha… 

środa, 23 grudnia 2015

Wąwóz Pankisi

Chciałbym Wam opowiedzieć o dolinie Pankisi. O takiej jaka ona była a może i jeszcze trochę jest. Bo na pewno jest gościnna jak cała Gruzja, właściwie cały Kaukaz. Zastanawiam się jednak czy po wszystkich okolicznych wojnach i nieszczęściach jakie dotknęły mieszkańców tej doliny jest jeszcze to dawne Pankisi, w którym muzułmanie przychodzili na Wielkanoc w odwiedziny do prawosławnych a ci z kolei szanowali zwyczaje muzułmanów. W życiu doliny wiele zmieniły obie wojny czeczeńskie a zwłaszcza ta druga.
Czeczeni przybyli w te rejony jakieś trzysta lat temu w poszukiwaniu lepszego życia. Słynni na całym Kaukazie jako bitni żołnierze chętnie przyjmowani byli na służbę u możnowładców, dostając w zamian ziemię. Kistowie, bo tak się ich obecnie nazywa wrośli w tę ziemię, stali się jej częścią. Mimo, że są Czeczenami, muzułmanami, w dużym stopniu „zgruzinieli” – zaczęli uprawiać winorośl, produkować wino, no i oczywiście spożywać je. Praktykują oni odmienną wersję islamu – Sufizm, gdzie często modlitwa zamienia się w ekstatyczny taniec – dzikr. Dużo zmieniło się po upadku ZSRR. Od braci z północnej strony Kaukazu oddzieliła ich granica, upadła właściwie cała dotychczasowa gospodarka, Gruzja pogrążyła się w wojnach. Nastała bieda. Później przez góry z ogarniętej wojną Czeczenii zaczęli docierać uchodźcy a wraz z nimi bojownicy. Chyba każdy dom w dolinie przyjął uciekinierów. Pełne były szkoły i inne budynki publiczne. Gruzińskie państwo właściwie wtedy nie funkcjonowało więc władze wolały nie wiedzieć co tam się dzieje a policja przestała się tam zapuszczać. Nowym nie podobały się miejscowe zwyczaje. Uważali je za herezję, za odstępstwo od Islamu. Po pewnym czasie doszło do konfliktu miejscowej starszyzny z „nowymi”, m.in. zamknięto przed nimi meczet w Duisi. Nic to. Owiani legendą bojownicy Gełajewa zaczęli jednak przyciągać do siebie dzieci i młodzież. Błyskawicznie wybudowali także nowy meczet w Duisi, gdzie zaczęli nawet uczyć dzieci arabskiego. Ziarno zostało zasiane… Ugruntowane przez wieki zwyczaje zaczęły się zmieniać. Dość powiedzieć, że wielu bojowników Państwa Islamskiego pochodzi z Pankisi i Czeczenii. Duża część członków nielegalnej grupy zbrojnej zlikwidowanej przez gruziński spec-naz w rejonie wsi Lapankhuri w 2012 roku także pochodziła z tej doliny. Z czego to wynika? W dużej mierze z chęci zdobycia sławy, potrzeby walki „za wiarę”. A w dużej mierze także z nudów, z tego że miejscowi młodzi nie mają zajęcia i perspektyw, z tego że panuje tam koszmarne bezrobocie. Ale nie demonizujmy. Ciekawych tematu odsyłam do nowej książki Wojciecha Jagielskiego, łatwiej Wam będzie zrozumieć. 













Pankisi nie jest gniazdem oszalałych islamistów. To miły zakątek, dogodny do odpoczynku i wyjścia w góry na jedno lub kilkudniowe wycieczki. Byłem tam ostatnio w 2010 roku, mieszkałem w Duisi. Dzięki Polskiej Pomocy powstało w dolinie ok. dziesięciu kwater prywatnych, których gospodarze zostali przeszkoleni w Polsce. To wielka zasługa osób prowadzących projekt oraz Makłavy Margoszvili – niesamowitej kobiety o niespożytej energii, będącej po części pomysłodawcą utworzenia tam kwater dla turystów, niejako wyciągnięcia Pankisi z tej czarnej dziury w jaką cała dolina wpadła przez wojnę w sąsiedniej Czeczenii. Spotkałem ją ostatnio dwa lata temu w Akhmecie, jak tylko zobaczyła jeepy z polskimi flagami to od razu podbiegła do nas z tablicą reklamującą Pankisi. Ten miły zakątek gruzińskiej ziemi to znakomite miejsce na odpoczynek, kąpiele w nurtach Alazanii czy wspomniane wyprawy w góry. A ludzie są gościnni jak na całym Kaukazie. Jeśli chcecie odpocząć od turystycznych tłumów, które obecne są już w Gruzji, to jest to odpowiednie miejsce.  
Dla tych co chcą wiedzieć więcej: 
http://www.pankisi.org/cgi-bin/blosxom.cgi/polish/glowna 

środa, 16 grudnia 2015

Spotkanie Po Latach

Pisałem w którymś tekście niedawno o tym jak wojny lub inne tragiczne wydarzenia często burzą struktury społeczne, jak zrywają więzy po miedzy ludźmi żyjącymi obok siebie. Tak było w Bośni, tak było w Osetii Południowej czy Abchazji, i jeszcze w kilku innych miejscach na świecie, gdzie ludzie różnych wyznań odwiedzali się wzajemnie w dni świąteczne dla danej religii, żyli obok siebie, żenili się ze sobą, razem wychowywały się ich dzieci… Wojny i zawieruchy zniszczyły te społeczności, podzieliły je.

Gdzieś chyba pod koniec lat 90-tych miałem okazję oglądać w telewizji film nakręcony na podstawie powieści Freda Uhlmana „Spotkanie po latach”. Jakoś w przeciągu dwóch czy trzech lat zobaczyłem ten film kilkukrotnie bo był nadawany przez różne stacje telewizyjne, utrwaliłem sobie więc ten obraz. Później jakimś zrządzeniem losu wpadła mi w ręce sama książka (chyba w „taniej książce” na Brackiej – już nie ma tego miejsca). Wczoraj wieczorem zdjąłem ją z półki, zacząłem przeglądać. Dwie godziny i uporałem się z cienką książką, znów zarwałem noc. O czym opowiada film i książka? O przyjaźni dwóch chłopców w Stuttgarcie w 1932 roku na progu przejęcia władzy przez Hitlera (1933). O przyjaźni żydowskiego chłopca z niemieckim arystokratą – jego rówieśnikiem. Przyjaźni, którą przekreśliły czasy w jakich przyszło im żyć. Pierwszy wyjechał na zawsze do USA, drugi dał się uwieść ideologii nowego wodza Niemiec. Ich przyjaźń została brutalnie przerwana przez czasy w jakich przyszło im żyć. 
kadr z filmu (źródło Internet)

Dlaczego o tym piszę? Bo głęboka przyjaźń z drugą osobą jest w życiu bardzo ważna. Poznajemy w życiu wielu ludzi ale przyjaciół mamy zwykle zaledwie kilku, przyjaciół na lata, a często na całe życie. Pamiętajmy o tym zwłaszcza dziś gdy Europa zdaje się coraz bardziej brunatnieć. 

PS
Jeśli ktoś zna serwis internetowy gdzie znajdę ten film po polsku lub z polskimi napisami to proszę o info. Niestety z tego co pamiętam występował on pod kilkoma tytułami co nie ułatwia sprawy. 

środa, 9 grudnia 2015

Mały Iran

O tym miejscu przypomniałem sobie na początku miesiąca dzięki informacji jaka pojawiła się w mediach o ostrych starciach z policją w miejscowości Nardaran. 
Byłem tam jakieś pięć lat temu, jest to zaledwie 25 km od Baku, na półwyspie Apszeron, w Azerbejdżanie. Jechaliśmy marszrutką. Już w pojeździe zaczepił nas mężczyzna z tradycyjnym muzułmańskim nakryciem głowy, wypytując skąd jesteśmy itd. A gdy dowiedział się, że z Polski to bardzo się ucieszył, wymienił mi chyba pół naszej reprezentacji w piłkę nożną z lat 80-tych, pytając co teraz się z nimi dzieje. No do tego standardowe pytania w takiej sytuacji – jak się żyje w Polsce itd. Od razu zaoferował, że oprowadzi nas po meczecie, do którego jechał z Baku. Marszrutka kończyła trasę właśnie koło sporego meczetu ale część osób wysiadała już wcześniej, zwróciłem uwagę na kobietę w jaskrawo czerwonej sukience, która natychmiast po  opuszczeniu pojazdu ubrała na głowę chustę – hidżab. W mieniącym się na europejskie miasto Baku kobiety rzadko chodzą z zakrytymi włosami, tu jednak od razu dostosowywały się do panujących zwyczajów. Nie dopuszczalne są też krótkie spodnie u facetów – ci z naszej grupy, którzy je mieli musieli szybko przerobić je na długie. Jak w Iranie. 77% muzułmanów żyjących w Azerbejdżanie to szyici. Nasz przewodnik z marszrutki, jak się okazało mocno praktykujący muzułmanin, oprowadził nas najpierw po cmentarzu pokazując nam gdzie leży ważna dla nich postać, pokazał nam także nieprawidłowe z punktu widzenia Islamu nagrobki z czasów radzieckich przedstawiające twarz lub postać zmarłego. Potem weszliśmy do meczetu. Był nowy i bardzo okazały. Nasz nowy znajomy zaprosił nas także do podziemi gdzie można było zobaczyć groby różnych znamienitych osób. Nigdy zapewne byśmy tam sami nie weszli jako nie – muzułmanie ale, że byliśmy z miejscowym to nikt nie protestował (no może w samych kryptach kilku wiernych miało krytyczne uwagi ale zostali uspokojeni przez naszego przewodnika). Pożegnaliśmy się z nim na schodach wiodących w kierunku medresy i Morza Kaspijskiego i poszliśmy zwiedzać średnio ciekawą twierdzę. 











Muszę przyznać, że miejsce to zrobiło na mnie dość niesamowite wrażenie. Raptem 25 km od europejskiego Baku a przenosisz się jakby o setki kilometrów, do Iranu. Nie muszę dodawać, że nie kupi się tam alkoholu. Nardaran jest najbardziej ortodoksyjnym, konserwatywnym miejscem w Azerbejdżanie, gdzie nie raz już dochodziło do starć z siłami bezpieczeństwa posyłanymi tam przez władze, które panicznie boją się wpływów swojego wielkiego sąsiada – Iranu.
Zaś do samego Iranu, mam nadzieję, że uda mi się wreszcie pojechać…