poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Rumunia, po raz pierwszy

Tak, po raz pierwszy pojechałem do Rumunii. To tylko sześćset – coś kilometrów od Krakowa, samochodem trasę pokonuje się w kilka (powiedzmy 9 godzin). Lubię gdy pierwszy raz przyjeżdżam do nowego kraju, bardziej go wtedy chłonę, bardziej wyostrzają się zmysły poznawcze. Rumunia to kraj, w którym często po między regionami można już na pierwszy rzut oka laika dostrzec inność różnych regionów. Zobaczyliśmy tylko niewielki wycinek Rumunii, regiony Maramuresz, Bukowinę, liznęliśmy Mołdawii Rumuńskiej, Karpat Południowych, pobyliśmy chwilę w Siedmiogrodzie. Tydzień to stanowczo za mało aby zobaczyć coś więcej. To wspaniały kraj, do którego warto wracać. 
"Wesoły cmentarz" - jedyny w swoim rodzaju. Region Maramuresz 
Kościoły w regionie Maramuresz mają jedyną w swoim rodzaju architekturę 

Monastyr na przełęczy Pryslop 

Widok z przełęczy Pryslop

Malowane monastery regionu Bukowina to coś niesamowitego! 

Malowany monastyr Sucevita 

Sztuczne jezioro niedaleko miasta Bicaz 

Braszow rynek 


Trasa Tranfogarska 

Sighishoara 

Rumunia jak na razie nie należy do strefy Shengen, więc na granicy jest kontrola, trzeba mieć dowód osobisty lub paszport. Waluta nazywa się Lej i przelicza się na złotówki prawie jeden do jeden co bardzo ułatwia sprawę. Ceny są podobne do naszych, jedynie paliwo jest droższe o około 1 złoty. Alkohol jest raczej tańszy. Trasy główne są bardzo dobre choć prawie nie ma dwupasmówek. Drogi powiatowe są w takim stanie jak u nas lub niewiele gorszym. Przy drogach bardzo często stoi policja a w prawie każdym radiowozie zamontowany jest foto-radar. Obcokrajowiec wjeżdżając do Rumunii samochodem musi zakupić winietę, najlepiej zaraz po przekroczeniu granicy. Są one elektroniczne.
Miejscowi mieszkańcy są na ogół bardzo życzliwi i pomocni, nawet jeśli nie znają żadnego języka poza Rumuńskim to, zapytani o drogę starają się przynajmniej na migi wytłumaczyć, w którą stronę trzeba jechać.
Rumunia to kraj raczej bezpieczny. Poza Braszowem nie byłem co prawda w dużych miastach jednak ogólnie kraj wydaje się bezpieczny i przyjazny.

Ten artykuł zapoczątkowuje serię tekstów o Rumunii, kraju do którego chce się wracać! ;-)  

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Stan oblężenia. ŚDM

Światowe Dni Młodzieży w Krakowie dobiegły końca. Ostatni pielgrzymi opuszczają miasto. Mimo iż także byłem zaangażowany w ochronę tego wydarzenia, znalazłem chwilę czasu aby poprzyglądać się pracy służb. Ogólnie zabezpieczenie oceniam bardzo dobrze i choć można się do czegoś zawsze przyczepić to nie o czepianie się tu chodzi. Do Krakowa przybyło około ośmiuset tysięcy pielgrzymów. To sporo mniej niż zakładano pierwotnie i chyba całe szczęście bo przepustowość ulic, mimo ich wyłączenia z ruchu np. po mszy na błoniach, były często na granicy możliwości. 




Znakomicie zabezpieczony był jeden z najbardziej newralgicznych rejonów – dworzec główny i galeria krakowska. To tu przewalały się ogromne tłumy przyjezdnych mogące być celem zamachowców. Duże ilości patroli policji, żandarmerii wojskowej oraz SOK zapewniły odpowiednie nasycenie terenu służbami. Warto wspomnieć, że najwyraźniej wyciągnięto wnioski z zamachów na zachodzie – część patroli policji w rejonie dworca była wyposażona w broń automatyczną – PM Glauberyt. 





Patrol policji z bronią automatyczną w galerii krakowskiej

Słaby punkt zabezpieczenia znalazłem na trasach przemarszów pielgrzymów – patrole oczywiście były, jednak było ich za mało, zwykle stały jedynie na końcu i początku danej ulicy. Gdyby coś się wydarzyło po środku to byłoby ciężko dotrzeć w to miejsce służbom, które musiałyby pokonać uciekający w panice tłum. Np. gdyby pośrodku Floriańskiej ktoś zaczął strzelać lub szaleć z maczetą, zbyt długo w mojej ocenie, trwałoby dotarcie służb na miejsce i unieszkodliwienie napastnika a co za tym idzie powstrzymanie rzezi. Na Rynku Głównym także mogło być więcej służb. 









Choć trzeba także brać pod uwagę, że nie o wszystkim wiemy, często jest tak, że służby obserwują teren skrycie aby w odpowiednim momencie zareagować. W zabezpieczeniu ŚDM były także wykorzystywane wojskowe drony, miasto było też patrolowane z powietrza przez kilka śmigłowców z operatorami jednostek specjalnych na pokładzie. 
Przestrzeń powietrzna była kontrolowana przez dodatkowe radary wojskowe rozmieszczone w mieście i na jego obrzeżach. To akurat się przydało i najpewniej zapobiegło prowokacji przeprowadzonej przez Rosjan. Z Radomia „przypadkiem” w kierunku Krakowa leciał samolot akrobacyjny z rosyjskim pilotem. Nim dotarł do Krakowa został przechwycony przez nasze myśliwce. Miał on zapewne dwojakie zadanie – po pierwsze sprawdzenie reakcji naszych służby wojskowych odpowiedzialnych za kontrolę przestrzeni powietrznej, jej reakcji w stanie wzmożenia, a także ewentualną kompromitację tych sił gdyby samolot jednak do Krakowa doleciał. Tu jednak cały system bezpieczeństwa także zadziałał prawidłowo.

Największe słowa uznania należą się jednak zwykłym policjantom i żandarmom, którzy w ostatni dzień mokli w czasie kilku burz jakie przeszły nad Krakowem i zabezpieczali skrzyżowania oraz trasy przemarszu wiernych.  


Po odlocie Franciszka szedłem przez Rynek Główny. Było na nim jeszcze wielu pielgrzymów. Jednak zabezpieczenie było już tylko symboliczne, głównie straż miejska. To błąd - potencjalnych celów dla terrorystów było nadal sporo a zmęczenie służb z pewnością powodowało spadek czujności. Tu już uważam jest się do czego przyczepić. Tak więc jeszcze raz wszystko się udało. Na Mogilskiej w Krakowie i Rakowieckiej w Warszawie zapewne strzeliły korku od szampanów. 

poniedziałek, 18 lipca 2016

Ukraina, wiosna 2016

Wreszcie miałem chwilę czasu aby skończyć relację z mojej wyprawy Lwów - Odessa - Mariupol - Lwów w marcu 2016 roku.

Wyruszyłem z Krakowa jak zwykle wieczorem, nocnym autobusem do Lwowa. Na szczęście polski przewoźnik zaczął się teraz zatrzymywać także na Placu Dworcowym przy dworcu kolejowym a nie tylko na Stryjskim, który jest strasznie daleko od centrum. To już był jakiś plus na początek. Granica w Korczowej dość sprawnie, jak na tą granicę, tylko 1,5 godziny i jesteśmy po ukraińskiej stronie. Na 6 rano we Lwowie. Jeszcze ciemno, bo zmiana czasu dopiero za jakieś dwa tygodnie. Siadam w znanym mi barze koło dworca, na dobry początek naleśniki, barszcz ukraiński i kawa, która jest mi bardzo potrzebna – prawie nie spałem w autobusie. Oddałem bagaż do przechowalni na dworcu i pokrzepiony ciepłym posiłkiem ruszam Horodocką pieszo do centrum. Jest poranna szarówka. Nie byłem we Lwowie ponad pół roku! Mijam Sobór św. Jura, mijam cyrk, mijam przecznicę prowadzącą do szpitala żydowskiego o fantazyjnej architekturze. Kawałek za Brygidkami, nie dochodząc do Alei Swobody skręcam w lewo gdyż stwierdzam, że nigdy jeszcze w tym kwartale budynków nie byłem. Zaczyna się pomału robić jasno. Kolejnymi uliczkami docieram do wielkiego bazaru nazywającego się Krakowski Rynek. Tu też jeszcze nie byłem. Ale nie wchodzę – jest za wcześnie, handlarze dopiero się rozkładają. Jeszcze trochę krążenia uliczkami i zaułkami, tym razem już w bezpośrednich okolicach Prospektu Swobody i stwierdzam, że czas na kolejne śniadanie – niezawodna Puzata Chata na Alei Szewczenki pozwala mi odpocząć, zaspokoić żołądek, podniebienie i wlać w siebie jeszcze trochę kawy a także ogrzać się, gdyż marcowy poranek nie jest zbyt ciepły. Po jakimś czasie trzeba dalej ruszyć w miasto i pchać ten podróżniczy wózek (chciałeś to masz). Otwierają się sklepy, otwierają się knajpy, miasto zaczyna żyć. Poza Ukraińcami właściwie nie widzę żadnych turystów. Nawet Polaków. Wiem, że to nie sezon i w dodatku poniedziałek ale mimo wszystko… Przecież wojna jest o jakiś tysiąc kilometrów dalej na wschód! Ale jej ślady dostrzegam także na ulicach Lwowa. 

Więcej ludzi w mundurach i co najbardziej tragiczne, widuje się inwalidów wojennych, ludzi okaleczonych przez wojnę. Snuję się po Rynku, po uliczkach. Wiem, że byłem tam niezliczoną ilość razy ale nic nie poradzę, że uwielbiam Lwów. Nie zwiedzam, po prostu chodzę. Od czasu do czasu przysiadam na jakiejś ławce żeby trochę odpocząć ale jest jeszcze trochę za zimno na dłuższe siedzenie. Na obiad melduję się w restauracji U Pani Stefy, czyli tam gdzie zwykle. Znów można się ogrzać i dobrze zjeść. Mały koniaczek pomaga w rozgrzewce. Ale nie ma tak dobrze, trzeba jeszcze trochę popracować, wyciągam więc laptopa bo klient czeka na nową ofertę. Uśmiecham się, gdy komputer od razu łączy się z zapamiętaną wcześniej siecią. Wysyłam co mam wysłać i znów idę pokręcić się po Lwowie. Na Rynku gra zespół perkusyjno – dęty, sami młodzi ludzie, z niewielkimi przerwami już którąś godzinę. Po mieście przemykają patrole nowej Narodowej Policji w nowych Toyotach. Choć mam wrażenie, że trochę ich mało. Mimo poniedziałku sporo ludzi na ulicach, nie koniecznie spieszących się z pracy do domu. Mnóstwo spaceruje albo siedzi w kawiarniach. Bo Lwów zwykle siedzi w kawiarniach i knajpach. Wieczorem wsiadam na rynku do tramwaju, który ma jechać na dworzec. Owszem dojechał tam gdzie chciałem, ale przez zupełnie nie znany mi kwartał, więc można powiedzieć, że miałem dodatkowe zwiedzanie. Trochę oczekiwania na dworcu i ładuję się w pociąg do Odessy. Wagon kupiejny czyli lepszy – nie chce mi się już jeździć plackartnymi. Zwłaszcza, że kolej na Ukrainie jest jeszcze bajecznie tania. Pozostali pasażerowie trochę rozmawiają między sobą, jeden jest z Czerniowców, dwóch z Iwano - Frankowska. Wreszcie się porządnie przespałem – to już druga noc w podróży. Rano rozbawia mnie rozmowa między pozostałymi zaczynająca się od słów: - Czy w Czerniowcach jest już euro-policja? 
Odessa wita mnie pięknym słońcem. Nie ma się co cieszyć – po 20 minutach, błyskawicznie wszystko pokrywa gęsta mgła. Zostawiam plecak w przechowalni, załatwiam sobie bilet na podróż dalej. Na zaniedbanym skwerze koło dworca widzę jak nowa policja „mieli” jakiegoś z wyglądu starego kryminalistę. Parkingowy widząc, że się przyglądam, mówi do mnie, że tamten przed chwilą kogoś uderzył ale go od razu pojmali. Na początek udaję się pod spalony w zamieszkach w maju 2014 roku budynek związków zawodowych. To była klasyczna próba przechwycenia miasta metodą wojny hybrydowej, przez przysłanych z Rosji prowokatorów i podburzoną przez propagandę część miejscowej ludności. Zginęło ponad 40 osób ale miasto się obroniło. W podobnym terminie takie ataki miały miejsce w Mariupolu ale na szczęście także tam siły ukraińskie dały im odpór. Chodziło o zajęcie południowego wybrzeża, utworzenie dojścia na okupowany przez Rosję Krym oraz do Naddniestrza. Krążę uliczkami, trochę bez planu ale jednak kieruję się do morza. Idę ulicą Grecką, która na części ma już nową nazwę – Lecha Kaczyńskiego. Widać, że Misza Saakaszwili jest gubernatorem tego obwodu. Uliczkami docieram wreszcie na bulwar. Szpanerski, odnowione kamienice i budynki użyteczności publicznej. Jest Dzień Kobiet, na każdym kroku słyszę wiec facetów mówiących do słuchawki telefonu „s prazdnikom”. Schody Potiomkinowskie i dworzec morski, wszystko jednak spowite mgłą, na nabrzeżu dodatkowo mocno dokuczył mi silny zimny wiatr. 

Jakaś knajpa na Deribalcewa i znów kręcę się po mieście. Docieram do fantastycznie zdobionego pasażu handlowego, przykrytego szklanym dachem. Piękny zabytek zapewne z XIX wieku. Czyli właściwie z początku miasta. Wracam na dworzec, biorę plecak i taksówką jadę do hotelu. Okazuje się być trochę dalej niż wydawało mi się patrząc na mapę na bookingu. Kwateruję się i wreszcie biorę prysznic. Potem znów na miasto. Początkowo pieszo do dużego ronda, później trolejbusem na którym wypatrzyłem nazwę ulicy Deribalcewa – w samym centrum. Trolejbus dość stary i rozklekotany ale wifi w środku działa. Może by tak u nas… Miasto żyje z całą siłą, w restauracjach ciężko o miejsce – wszak dziś Dzień Kobiet, ważne święto w całym dawnych ZSRR. 





Siadam wreszcie w jednym z małych barów, zamawiam lula kebab (tak, taki sam jak na Kaukazie – na Ukrainie bardzo wiele knajp ma w menu kaukaską kuchnię) a do tego próbuję nalewek będących w ofercie. Płacąc dostrzegam, że mają jeszcze saperawi – znakomite gruzińskie wino, ale cóż, trudno. Trochę się snuję jeszcze po uliczkach a potem wracam do hotelu tym samym trolejbusem. Mieszkam w dzielnicy imponująco oświetlonych wysokościowców. 



Rezerwuję nocleg w hotelu w Mariupolu. Wieczorem jeszcze tylko telefoniczna korespondencja dla radia z Nowego Jorku i można iść spać. Wreszcie w normalnym łóżku. 
Wstaję niezbyt wcześnie, idę na śniadanie, nie jest może powalające ale można się najeść. W sezonie zapewne jest normalny szwedzki stół ale w marcu turystów jak na lekarstwo. Pogoda nie jest najlepsza więc korzystam z Internetu i z doby hotelowej, kupuję przez stronę ukraińskich kolei bilet na powrót z  Mariupola do Lwowa oraz na autobus ze Lwowa do Krakowa. Miła pani w recepcji bez problemów mi to drukuje. Sprawdzam jeszcze skrzynkę mailową a tam wiadomość od bloking.com: - „zamień swoją podróż do miasta Mariupol w wielką przygodę”. W kontekście miejsca, do którego jadę i okoliczności, nie brzmi to zachęcająco. Wypogadza się, a że kończy mi się doba trzeba ruszać. Plecak i na tramwaj. Jedzie na około przez wiele ulic Odessy więc mam okazję jeszcze pooglądać inne rejony. Zostawiam bagaż w przechowalni na dworcu i idę jeszcze na miasto. Krążę różnymi ulicami, robię grube kilometry nie tylko po turystycznych rejonach ale oddalam się nieco od ścisłego centrum, pozostając jednak w starej XIX wiecznej zabudowie. 





W pewnym momencie słyszę za plecami głośną rozmowę przez komórkę. Obficie padają przekleństwa po rosyjsku. Oglądam się, korpulentny, dobrze podpity jegomość idzie w pewnej odległości za mną i głośno rozmawia przez telefon. Nie wszystko rozumiem ale chyba coś nawywijał po pijaku samochodem, może nawet spowodował kolizję i nowa policja zrobiła mu straszną krzywdę wlepiając sowity mandat i odholowując pojazd na parking. Był tym strasznie zbulwersowany. Wręcz pluł do tego telefonu opowiadając o zajściu komuś po drugiej stronie łącza. Zapewne przy dawnej milicji sprawę dało by się jakoś „załatwić”. Ale to była nowa Narodowa Policja. Nie szczędził więc przekleństw i obelg. Do standardowej obraźliwej wiązanki („suka, bliat`”) dodawał jeszcze „banderowcy” co mnie bardzo rozbawiło. Ot, folklor nowych czasów. Snuję się bardziej zaniedbaną częścią bulwaru, aż dochodzę znów do schodów potiomkinowskich. Potem Puzata Chata i znów coś dobrego. I ponownie ulice Odessy. Ok. 18 melduję się na dworcu. Idę do baru aby jeszcze coś zjeść, zamawiam bliny i konsumuję a przy sąsiednim stoliku siedzi małżeństwo z dzieckiem, albo Ukraińców albo Rosjan ale raczej Ukraińcy. Pani za barem nie była zbyt miła przy obsłudze i słyszę komentarz z ich stolika: - żywa skamienialina z ZSRR ;-) Odbieram plecak i pakuję się do autobusu. Tu niespodzianka – trzeba dopłacić za bagaż – pierwszy raz mi się coś takiego zdarzyło a bilet nie był wcale zbyt tani – ok. 72 pln co jak na ukraińskie warunki jest dość drogo. Ale do przejechania mam ponad 600 km. Autobus rusza na wschód Ukrainy, odwiedzając kolejno zaplanowane miasta. W jednym z nich widzę jak na dworcu pełniący służbę żołnierze, coś w rodzaju żandarmerii kontrolują innych wojskowych. W moim autobusie jest ich kilku, tylko jeden w mundurze, wyższy oficer, ale pozostałych bez trudu wyławiam wzrokiem. Wyjątkowo, aby wtopić się w tłum, nie zakładam na tę podróż bojówek ale jeansy, do tego czarny windstoper i ciemny bezrękawnik. W autobusie prawie z nikim nie rozmawiam. Udaje mi się trochę pospać. Im dalej na wschód tym, mam wrażenie, że dworce autobusowe wyglądają gorzej. Mijamy kolejne blok-posty. 
Pierwszy chyba na granicy obwodu donieckiego bo jakieś 150 km od Mariupola. Nie ma żadnej kontroli. Na kolejnym także. Dopiero na trzecim wsiada do autobusu dwóch żołnierzy pułku Azov. Jeden sprawdza paszporty mężczyznom a drugi stojąc na wysokości kierowcy ubezpiecza go z kałasznikowem. Niech tylko nikt teraz nie wykona jakiegoś krzywego ruchu bo jak pociągnie serią to po wszystkich. Czekam co oficer sprawdzający dokumenty powie na mój paszport. Mam przygotowaną jakąś tam legendę ale dość cienką. Jestem jedynym obcokrajowcem w autobusie. Ale kontrolującego dokumenty żołnierza interesuje tylko zgodność widniejącej na zdjęciu facjaty z facjatą kogoś siedzącego na siedzeniu autobusu. Patrzyłem na niego, nawet mu powieka nie drgnęła gdy zobaczył polski paszport. Podziękował, poszedł dalej. Przed samym miastem jeszcze blok-post policji ale po sprawdzeniu tylko kilku paszportów odpuszczają. Wysiadam ok. ósmej rano na aftovagzale w Mariupolu. Na dworcu policja oraz Gwardia Narodowa z długą bronią. Podchodzę do taksówkarza bo zupełnie nie mam pojęcia w którą stronę jest mój hotel, mówię mu ulicę i nazwę hotelu. Zbiera się małe konsylium – trzech kierowców. W końcu jeden z nich mówi: - słuchaj, to blisko. Pójdziesz tą ulicą nie dłużej niż dziesięć minut i będzie hotel. Tą historyjkę opowiadam wszystkim znajomym krakowskim taksówkarzom. Mogli mi przecież zrobić „wycieczkę” po mieście za co najmniej dwieście hrywien. Faktycznie po chwili docieram do hotelu. Kwateruję się, pani, będąca jednocześnie recepcją, pokojową i czym tam jeszcze, pyta po co przyjechałem. Odpowiadam, że opisuje różne miasta co w sumie nie jest do końca kłamstwem. Obcokrajowiec w tych stronach w tamtym czasie nie jest codziennością. Schodzę na śniadanie, coś tam zamawiam, restauracja dopiero budzi się do życia. Ale, niewątpliwie jest to jedna z lepszych knajp w mieście. I co ciekawe słyszę jak część obsługi rozmawia ze sobą po ukraińsku. Natomiast rosyjski jest tu szybki i bardzo rosyjski – czasem mam problem aby od razu załapać. Ruszam w miasto, które do pięknych nie należy a na jego przedmieściach pyszni się ogromna huta – główny pracodawca. 


Na ulicach spokój i tylko wojskowych więcej. Jednak zdjęcia robię tylko telefonem aby nie rzucać się w oczy. Po południu wracam do hotelu, obiadokolacja a gdy kończę zaczyna się muzyka na żywo – codzienna porcja rozrywki. Mariupol stara się żyć normalnie choć kilka, kilkanaście kilometrów dalej jest front. 
http://zewszystkichstron.blogspot.com/2016/03/mariupol-zyje-normalnie.html
Siedzę w pokoju, grzebię coś tam w Internecie a z dołu dobiega mnie muzyka. Cała masa ukraińskiej muzyki i to takiej mocno zaangażowanej w najnowsze wydarzenia na Ukrainie – Okean Elzy, Lapis Trubeckoi, same hity. Aż trudno uwierzyć, że jestem w obwodzie donieckim. 
Drugi dzień spędzam spacerując nad Morzem Azowskim, po primorskim rejonie oraz po parku. Po kolejnej nocy wcześnie rano proszę panią w hotelu o taksówkę i jadę na dworzec. Ku mojemu zaskoczeniu nie ma żadnej kontroli dokumentów przy wyjeździe z miasta. Ładuję się do przedziału i rozpoczynam upojną podróż do Lwowa, która będzie trwać prawie 29 godzin. Jest ósma rano więc cały przedział idzie spać. Wstaję około dwunastej, coś jem, czytam książkę, znowu śpię, później to samo. Chyba odeśpię tu cały wyjazd na Ukrainę, wszystkie niedospane noce w autobusach. Pociąg jedzie dosłownie przez cały kraj. Podziwiam sztuczne jezioro w Krzywym Rogu, Dniepropietrowsk (wtedy jeszcze się tak nazywał). Około trzynastej następnego dnia jestem we Lwowie. Oczywiście wypiłem w pociągu kawę zamówioną u prowadnika wagonu, z samowara – tradycja ponad wszystko. We Lwowie bagaż do przechowalni, tramwaj i już jestem w centrum. Puzata Chata na Siczowych Strzelców, śniadanie i jeszcze powłóczyć się po mieście. No cóż, we Lwowie mogę to robić bez końca! 



Jeszcze zakupy w aptece, kilku specyfików, podobno dużo lepszych niż u nas i obiadokolacja w tatarskiej knajpie w przecznicy od Prospektu Swobody. To faktycznie Tatarzy, którzy uciekli z Krymu przed prześladowaniami po zajęciu półwyspu przez Rosjan. Znakomity płow i inne rzeczy. 


Jeszcze mały koniaczek na dworcu w oczekiwaniu na autobus i idę na plac przed dworcem kolejowym. Tam nieco ucywilizował się budynek dworca autobusowego, jednego z kilku w mieście. Szukam na tablicy mojego autobusu ale go oczywiście tam nie ma. Podchodzi pani z obsługi dworca i pyta w czym może pomóc. Tak, mój autobus podjedzie na drugie stanowisko. Stoję, czekam i jak to na wszystkich dworcach świata przewijają się różne mordy. Paru podpitych, paru bezdomnych, paru cwaniaczków, taksówkarze. Nagle widzę trzech lekko podchmielonych gości po pięćdziesiątce idących wzdłuż pawilonów. Jeden rzut oka na twarze i już wiem – Ormianie. Gdy mnie mijają słyszę charakterystyczny język. Przyjeżdża autobus a wraz z nim jeszcze duży bus. Połączenie jest relacji Cherson – Poznań (!) przez Kraków, Katowice, Opole… - Kto do Krakowa i Katowic to do busa! Opole i Poznań do autobusu! – słyszę pokrzykiwania kierowców. Po raz kolejny widzę jak Ukraińcy potrafią się świetnie zorganizować. Autobus aby nie tracić czasu pojedzie wprost do Opola i Poznania, bus zatrzyma się w Krakowie i Katowicach. Wszystko wypełnione do ostatniego miejsca. Jestem chyba jedynym Polakiem. Wszystko to ludzie jadący do pracy, ew. na studia. „Przyjemność” polskiej granicy załatwiamy w około dwie godziny co jest nawet niezłym wynikiem jak na tą granicę. Nad ranem docieram do Krakowa.
Cóż mogę powiedzieć na koniec? Do Lwowa zawsze chce się wracać, Odessa to bardzo fajne i ciekawe miejsce, zwłaszcza poza sezonem, portowe miasto gdzie krzyżują się często drogi ludzi żyjących z handlu, jak to w portowym mieście, spotyka się więc Turków, Ormian, Gruzinów, Rosjan, Polaków… Mariupol zaś, to miasto, choć brzydkie, ale któremu życzę pokoju, i które kiedyś w spokoju będzie można odwiedzić, gdy ziemie na wschód od niego będą znów pod ukraińską kontrolą, gdy linia frontu nie będzie o dwanaście kilometrów od niego. Na Ukrainie jest do odkrycia jeszcze masa ciekawych miejsc.  

Zadziwiający koniec tygodnia

W rzeczy samej, końcówka tygodnia obfitowała w przeróżne nadzwyczajne wydarzenia. Pozwólcie, że podzielę się z Wami moimi refleksjami na ten temat.
Zacznijmy od Nicei. Rozpędzona ciężarówka wjeżdża w tłum ludzi na bulwarze. Wszyscy krzyczą zamach, islamiści! Może i tak. Ale z posiadanych na dzień dzisiejszy informacji wynika, moim zdaniem, raczej coś innego. Na tą chwilę uparcie będę forsował tu jako przyczynę popełnienia tego czynu przez sprawcę tzw. rozszerzone samobójstwo. Cóż, jedni jak im odpierdala to rozbijają samolot z pasażerami o góry, inni wjeżdżają ciężarówką w tłum. Dlaczego tak sądzę? Sprawca, mimo że Tunezyjczyk, nie był religijny, pił alkohol, jadł wieprzowinę, nie przestrzegał ramadanu, był notowany przez policję ale za drobne przestępstwa, wszczynanie awantur, groźby itp. Ogólnie osobnik o skłonnościach do agresji. Któreś ze źródeł podawało także o problemach rodzinnych. Zobaczymy co wykaże śledztwo ale ja na dzień dzisiejszy upieram się przy moim zdaniu. Mogą o tym świadczyć także atrapy broni znalezione w szoferce. Po co komu atrapy jeśli jedzie zrobić zamach ciężarówką? Ano po to, że jak je wyciągnie i wyceluje to policja go zastrzeli. Oprócz tego miał także prawdziwą broń palną. Inną sprawą jest jakim cudem gość przejechał tą ciężarówką dwa kilometry zanim został zastrzelony? Aż dwa kilometry! We Francji, której policja jest znana z tego, że się z nikim nie patyczkuje, gdzie obowiązuje stan wyjątkowy po poprzednich zamachach i w miejscu gdzie ponoć było pięciuset policjantów i żołnierzy? Myślę, że ogólne zmęczenie służb po zamachach, mistrzostwach piłkarskich wpłynęło na pewne rozluźnienie. Czas na reakcję był, co pokazują filmiki nagrane przez przypadkowe osoby pokazujące jak cywile próbują obezwładnić sprawcę. Jako wnioski z tego tragicznego zdarzenia – użycie kolczatek drogowych oraz betonowych bloków do zabezpieczenia terenu imprez masowych. Oczywiście nie daje to 100% pewności bo terroryści czy szaleńcy w swojej pomysłowości zawsze będą krok przed nami. Część policjantów zabezpieczających taka imprezę powinna mieć także broń gładkolufową i amunicję typu breneka, która potrafi przebić nawet blok silnika. Po tragedii w TV oczywiście wypowiadali się sami najmądrzejsi ;-) ale najsensowniej powiedział chyba gen. Czempiński: - We Francji jest bardzo duża społeczność muzułmańska ale w większości to są normalni ludzie, którzy chcą normalnie żyć i pracować. Niech służby z nimi rozmawiają, niech wchodzą w kontakty. Trzeba im powiedzieć jasno: chcecie tu normalnie żyć? To wydajcie nam ludzi, którzy chcą innym robić krzywdę.
Ale to praca na lata… 
fot. Internet 

Nie ochłonęliśmy jeszcze po tragedii we Francji a tu w piątkowy wieczór pojawiają się informacje o puczu wojskowych w Turcji. Przypomnę, że kraj ten posiada drugą co do wielkości armię w NATO, która już niejednokrotnie w ten czy inny sposób stawała na straży republiki, spuścizny Ataturka, jak by to dziwnie nie brzmiało. Trzeba tu jednak pamiętać także o tym, że ta sama armia uwikłana jest w szereg nie wyjaśnionych zbrodni a wraz ze służbami specjalnymi tworzy tzw. ukryte państwo (głębokie państwo), które w zakulisowy sposób nie raz wpływało na losy państwa tureckiego i jego obywateli. Armia ma spore doświadczenie w obalaniu rządów, robili to już czterokrotnie, ostatnio w 1997 roku a więc całkiem niedawno. Już w piątek wieczorem wydawało mi się dość dziwne, że ten wojskowy przewrót rozwija się dość niemrawo. Urzędujący prezydent oraz rząd czy deputowani nie zostali aresztowani, wszystko to jakoś od początku się nie kleiło w sprawny wojskowy pucz. Wielu komentatorów od początku kwestionowało prawdziwość działań buntowników. Mówiąc wprost: zamach był najprawdopodobniej inspirowany przez samego Erdogana aby umocnić swoją władzę i pozbyć się niechętnych mu ludzi. Mamy więc kolejną czystkę w armii i służbach bezpieczeństwa, masowe zwolnienia sędziów (sędziów? Czy widział ktoś kogoś w todze z karabinem na ulicach Istambułu?), oraz wszystkich niewygodnych. W więzieniach siedzi także 46 dziennikarzy z absurdalnego paragrafu o obrazę prezydenta. Turcja zmierza w kierunku twardej dyktatury, niestety, a zachód nic z tym nie może zrobić bo to ważny sprzymierzeniec, bo kryzys z uchodźcami, wojna w Syrii i napięta sytuacja z Rosją. Erdogana popierają najniższe klasy społeczne, biedota z Anatolii, która dzięki niemu przesiedliła się do Istambułu i w jakiś sposób poprawiła swój byt a także część klasy średniej, która dzięki niemu, dzięki korupcji i kontraktom rządowym z okresu rządów AKP tą klasą średnią się stała. Przyznam szczerze, że z początku kibicowałem puczystom, bo choć nie jest to prawidłowa forma, to akurat w Turcji to armia była zwykle gwarantem laickości państwa. 
Żal mi tylko żołnierzy, którzy dali się w tę awanturę wmanewrować. Mają przerąbane. 
W rękach tłuszczy... Fot. Internet 
fot. internet 



Na koniec informacja z niedzieli rano: w Erywaniu, stolicy Armenii grupa uzbrojonych osób wtargnęła do siedziby policji i wojsk wewnętrznych, opanowała ją i wzięła zakładników. Domagali się zwolnienia jednego z więzionych opozycjonistów i ustąpienia prezydenta Sarkisjana. Lada godzina sprawa zapewne zakończy się szturmem. Zapewne wszyscy napastnicy zostaną zabici. Czy tutaj też ktoś sobie czyścił przedpole?...  

Wiem jak potrafi palić słońce w Erywaniu o tej porze roku. Z pewnością mają ciepło ;-) 

Fotografie Internet 

środa, 6 lipca 2016

Zalewa nas brunatna fala

Myślałem o tym tekście od jakiegoś czasu ale wydarzenie z niedzieli to była kropla, która przelała czarę. I nie będzie tylko o stosunkach polsko – ukraińskich. Dziś mianowicie nasza Straż Graniczna nie wpuściła do Polski ukraińskiego zespołu z uwagi na to, że „jego obecność może stanowić zagrożenie dla porządku publicznego”. 
O jakie zagrożenie chodzi? A no o takie, że podobno gdzieś tam zbierali się kibole/narodowcy/bandyci (niepotrzebne skreślić ale raczej wszystko podkreślić) aby ich „przywitać”. Acha czyli już mamy tak, że w ten czy inny sposób brunatni decydują o tym co się będzie działo w naszym kraju i np. kto może wystąpić a kto nie. Czyli nie wpuszczamy ukraińskiego zespołu bo wybuchną zamieszki sprowokowane przez naszych łysych? Albo inaczej – nie wpuścimy ukraińskiego zespołu bo coś w śpiewanych przez nich piosenkach może się nie spodobać kolesiom z ONR, do których nowa władza cały czas puszcza oko.  

Ale czemu tu się dziwić? Ciężko kogoś skazać w naszym państwie a już za takie „błahostki” jak szerzenie nienawiści na tle narodowościowym to już wcale, a nawet jeśli, to minister sprawiedliwości wstrzyma wykonanie kary jak w stosunku do jednego z narodowców skazanego za napaść na policjanta. W takiej sytuacji to już zapewne służbom też ręce opadły. 
Można więc w biały dzień napaść na procesję ukraińską w centrum Przemyśla, gdzie Ukraińcy mieszkali od zawsze, na obywateli polskich, pobić i znieważyć jej uczestników mając świadomość niskiego prawdopodobieństwa poniesienia jakiejkolwiek kary. 

środa, 22 czerwca 2016

Pośrodku niczego

Dziś chcę Wam opowiedzieć o niezwykłym miejscu i pokazać jak jedna trafiona inwestycja, jeden dobry pomysł mogą ożywić zapomnianą przez boga i ludzi wioskę. Przy drodze do monastyrów Dawid Garedża, leżących na granicy z Azerbejdżanem, do których właściwie obowiązkowo każdy turysta będący w Gruzji powinien jechać, choćby ze względu na wspaniałe widoki jakie się z nich roztaczają, leży wioska Udabno. Dawniej wszyscy mijali to miejsce tak szybko jak na to pozwalała marna droga. Udabno po gruzińsku znaczy pustynia. Wioskę wybudowali w latach 80-tych XX wieku komuniści przesiedlając tam Swanów z drugiego końca Gruzji po katastrofalnej lawinie jaka zeszła w Swanetii zabijając wiele osób. Zrobili im więc „dobrze” przesiedlając kaukaskich górali na stepy i półpustynie, na drugi koniec kraju. Po upadku ZSRR część z tych osób wróciła do Swanetii lub przesiedliła się w inne regiony Gruzji, najczęściej do Tbilisi. Obecnie wioskę zamieszkuje około trzystu osób. Głównym zajęciem jest pasterstwo. 

W 2013 roku w tej zapomnianej miejscowości Polacy otwarli knajpę. Coś co teoretycznie nie mogło się udać odniosło wielki sukces. Zatrzymują się tam prawie wszyscy jadący do lub z Dawid Garedża. Nie można powiedzieć, że zostało to bez wpływu na wieś. Po pierwsze przynajmniej kilka osób w ten czy inny sposób znalazła możliwość zarobku – miejscowe kobiety pracują w kuchni, chłopaki traktorem co drugi – trzeci dzień przywożą wodę – wodociąg dopiero jest w budowie. 




Przedsięwzięcie się rozwija – dobudowano bungalowy, w których w komfortowych warunkach można przenocować a w sąsiednim domu powstał hostel dla mniej wymagających. Powstał też specyficzny amfiteatr z euro palet, w którym mogą odbywać się różne imprezy kulturalne – a więc nie tylko biznes. 


I wioska przez którą każdy jedynie przejeżdżał i chciał zapomnieć, zaczęła się ożywiać. Będąc tam ostatnio kilka razy zobaczyłem drogowskaz do kolejnego hostelu, który otwarli już miejscowi. Bieda jest w Gruzji dość częstym zjawiskiem. Ale nawet miejscowe dzieci nie przychodzą do knajpy żebrać tylko przynoszą turystom swoje rysunki, które można kupić za 2 – 3 lari. Nie musze dodawać, że okoliczne psy wcale nie wyglądają na głodne.
Tak oto jeden trafiony polski pomysł, jeden rozwijający się dynamicznie biznes odniósł pozytywny wpływ na, przynajmniej część zapomnianej przez wszystkich wioski. I tak trzymać.

Przyznam, że w jakimś stopniu fascynuje mnie to miejsce za każdym razem gdy tam jestem. I udziela się to także moim turystom. 
Na ścianie w barze - pustynia na pustyni ;-)