środa, 5 października 2016

W czeskiej mordowni

Zwiedzaliśmy wieczorową porą Ołomuniec – piękne miasto na Morawach, drugie w Czechach pod względem wielkości historycznej zabudowy. Miasto, trzeba przyznać, bardzo klimatyczne. Idziemy właśnie podziwiać katedrę gdy zauważamy ciekawą knajpę. Wygląda jak stara mordownia ale siedzą w niej sami młodzi ludzie. Wracając po chwili z katedry postanowiliśmy tam wstąpić, zwłaszcza, że ciśnienie na pęcherz po poprzednich piwach było już znaczne. 


Wchodzimy, zajmujemy miejsca, jeden idzie do baru po piwo. Po chwili wraca z trunkiem i nieco dziwną miną. Okazuje się, że barmani są tak zbuchani (najarani marihuaną), że nie do końca wiedzą co się dzieje. Jeden wielki z dredami co chwilę chodzi po knajpie z kuflami piwa i pyta czy nie trzeba komuś. Do nas podchodzi kilka razy, nieraz w odstępie trzyminutowym. Rozglądamy się po knajpie – jest niesamowita na swój sposób. Na ścianach fantazyjne rysunki, niektóre zapewne też rysowane pod wpływem jakiegoś wspomagacza. 


Na stole leży ulotka, z której dowiadujemy się, że dziś będzie w lokalu koncert charytatywny i bilet kosztuje 50 koron. Nikt od nas niczego nie zbierał. Zaczyna się wspomniany występ – dość ciężki, mocny czeski rock. Pijemy drugie piwko, nadal przyglądając się naszym południowym sąsiadom, uważając aby nie używać słowa „szukać” (sprawdźcie w słowniku co to znaczy po czesku). Wszyscy zadowoleni, przy piwku, siedzą dyskutują a gdy gra muzyka to słuchają (rozmawiać się wtedy nie da). W knajpie jest potwornie nadymione – w Czechach w większości lokali można jeszcze palić. Ciężko mi wyobrazić sobie czeską gospodę bez kłębów papierosowego dymu. Koncert trwa nadal, my dopijamy piwko i idziemy dalej „zwiedzać”.  
A tak to wyglądało rano ;-) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz