środa, 17 stycznia 2018

Spóźnione podsumowanie roku

Jestem Wam niewątpliwie winien wyjaśnienia, dlaczego w ubiegłym, 2017 roku było tak mało publikacji. I co się ze mną działo. Ci, którzy uważnie śledzą moją stronę na fejsbuku wiedzą, że byłem dużo w drodze i mnóstwo czasu siedziałem na Zakaukaziu. Co tu dużo mówić, zarabiałem jakieś tam pieniądze. Jednak ogrom tego wszystkiego, ciągłe, powtarzalne przemieszczanie się po tych samych trasach, uwierzcie mi, jest cholernie męczące i nużące i w żaden sposób nie nastraja do pisania. Jednocześnie zachodzi masa sytuacji, które wartałoby opisać, poznajesz nowych ludzi, słyszysz ich różne historie, jednak nawał obowiązków i specyfika funkcjonowania na tym obszarze, konieczność dopilnowania wszystkiego osobiście (bo jak nie to coś spierdolą) odbiera ci radość życia, chęć pisania i co za tym idzie uciekają ci z głowy różne naprawdę ciekawe tematy. Przemierzając w te i z powrotem samotnie lub z grupami Gruzję, patrząc jak za każdym razem ta cholerna marszrutka z Kutaisi do Tbilisi zatrzymuje się przy którymś barze w rejonie przełęczy czyli w pół drogi, doszedłem kiedyś do wniosku, że te cholerne brzydkie bary są taką współczesną formą dawnych karawanserajów, w których zatrzymywali się podróżni w minionych czasach. 


Przy każdym z tych barów stado psów gotowych się z tobą zaprzyjaźnić jeśli tylko dasz im coś do jedzenia. A czasem jeśli tylko je pogłaszczesz. Psy i koty w Gruzji są bardzo spragnione czułości i przyjaznego kontaktu z ludźmi. A po około 15 minutach marszrutka rusza dalej wyprzedzając na trzeciego co nie robi już na mnie żadnego wrażenia. Przeboje w busach są różne – częsta jest rosyjska popsa – prymitywna jak nasze disco polo, czasem fajna muzyka gruzińska, rzadziej zachodnie hity. Czasem zdarza się też klasyk:
I tak funkcjonowałem sobie od polowy kwietnia do początku listopada, z krótką przerwą w lipcu. Ale przez ten czas, mając chwilę wolnego byłem także dwa razy w Azerbejdżanie, w czerwcu, penetrując ten ciekawy kraj jeepem oraz na początku października, penetrując pieszo różne zaułki Baku. 
Temu krajowi ropy i gazu poświęciłem już dwa teksty na blogu ale jestem świadom, że tematów jest znacznie więcej. W październiku, już zmęczony sezonem, pojechałem do Baku na kilka dni i doszedłem do wniosku, że to świetny pomysł i że wśród azerskiego blichtru znakomicie odpoczywają oczy od wszechobecnego gruzińskiego rozpadu, że o Armenii nie wspomnę. 

Nawet jeśli to jest tylko na pokaz a część budynków jest wydmuszką. W Gruzji jeszcze w czasach Miszy Sakaszwilego wdrożono program kompleksowej renowacji miasteczek i dzielnic dużych miast – bez tego kilkadziesiąt lat zaniedbań w czasach sowieckich straszyłoby nadal. Ale często jest tak, że odnowione jest tylko reprezentacyjne miejsce a wystarczy zajrzeć za róg aby zaatakował nas widok często potwornego syfu. Gruzja powinna wdrożyć jeszcze jeden program – kompleksowego burzenia i rekultywacji terenu po upadłych zakładach przemysłowych i kołchozach, które aż biją po oczach. Azerbejdżan w latach 90-tych aż tak upadłym państwem nie był więc i mimo wojny o Karabach a przede wszystkim dzięki zasobom ropy i gazu wygląda dużo lepiej, nawet na prowincji a przynajmniej to czego oczy widzieć nie powinny, skrywają mury wybudowane często wzdłuż dróg.
Parki narodowe w tym nadkaspijskim kraju zwiedza się jeepem, podziwiając zwierzynę hasającą wśród kiwoków czyli urządzeń pompujących ropę. W parku narodowym. Wygląd pól naftowych robi dość przytłaczające wrażenie, czego dopełniają plamy ropy po samoistnych przesiąkach lub zaistniałych awariach. 




Ale Azerbejdżan to także bardzo ciekawe krajobrazy i wspaniała kuchnia, której nie mogliśmy się nachwalić mimo, że już pękaliśmy w szwach. A więc więcej kulinarnych naleciałości uzbeckich, irańskich, tureckich. 
Sadż ;-) 

Jednym z największych zaskoczeń w tym kraju był brak kawy. Właściwie poza Baku trudno było napić się dobrej kawy a właściwie jakiejkolwiek. Dla mnie to była tragedia. Drugim zaskoczeniem była bardzo niska znajomość rosyjskiego wśród mieszkańców prowincji. W Gruzji, nie mówiąc o Armenii prawie wszędzie dogadasz się po rosyjsku. W Azerbejdżanie przeważnie tylko w Baku i czasem z kimś jeśli chodzi o interior.
Ten muzułmański, jakby nie było kraj, produkuje całkiem przyzwoite wino – dotarliśmy do jednego z hoteli położonego pośrodku winnicy. 



Do praw Islamu mają raczej luźne podejście, niektóre kobiety chodzą w chustach. Jedynie w miejscowości Nardaran panują wręcz fundamentalistyczne nastroje o czym mogłem się przekonać ponad siedem lat temu gdy tam byłem.
Dziś co widzieliśmy, miejscowość ta jest poniekąd odcięta – na drogach dojazdowych stoją posterunki policji a wszyscy wjeżdżający i wyjeżdżający są kontrolowani.
W czerwcu w Azerbejdżanie odwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc. Przejechaliśmy całą wschodnią część kraju poczynając od Baku i półwyspu Apszeron, rejonu granicy z Dagestanem, aż po granicę z Iranem. Widziałem już na maszcie irańską flagę po drugiej stronie granicy. Ech… gdyby nie wizy… 
Tak w dużym skrócie upłynęła mi znaczna część 2017, zdominowana przez Zakaukazie. Ale przez to oprócz krótkiego wypadu w styczniu na Zakarpacie, nie byłem właściwie wcale na mojej ukochanej Ukrainie, nie licząc jeszcze śniadania w Kijowie podczas lotu do Armenii, nie wybrałem się na Bałkany a zwłaszcza do mojej ulubionej Bośni i Hercegowiny czy Czarnogóry, nie wróciłem do odkrycia roku 2016 czyli Rumunii, do wyluzowanych Czech i w wiele innych miejsc, w które chciałbym pojechać. Powiecie coś za coś – oczywiście. Ale co by nie mówić – na Zakaukaziu świat się nie kończy.

Ten rok zapewne będzie podobny… 

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Dolores…

Wiadomość dopadła mnie podczas pokazu zdjęć i opowieści bałkańskich w klubie Atlantyda w Krakowie. Na chwilę odpaliłem facebooka i zobaczyłem pierwsze posty… 
fot. Internet 

Okoliczności (opowieści o byłej Jugosławi), moje osobiste zainteresowania i poglądy spowodowały, że od razu pomyślałem o tym kawałku:
Bośnia zawsze była dla mnie ważnym miejscem.
Dawno temu na Liście Przebojów Trójki usłyszałem pierwszy raz „Zombie” i w ogóle o The Cranberries. Potem było tylko lepiej. Wreszcie ich koncert w Spodku w Katowicach, na którym oczywiście byłem.
A dziś ta wiadomość…

Posłuchajmy razem: 

wtorek, 9 stycznia 2018

Wino Truskawkowe

Przejeżdżałem koło Jaślisk wiele razy, jadąc w Bieszczady i nigdy tam nie wstąpiłem. Więc żeby było dziwniej pojechałem tam ze… Słowacji, bo właśnie tu znalazłem fajne miejsce na, przynajmniej częściowe odcięcie się od ludzi i otaczającej rzeczywistości, ładowanie baterii. Trochę dziwnie się czułem przyjeżdżając z sąsiedniego kraju do mojego, aby coś zwiedzić ale co tam. Jaśliska były na moim celowniku ale oprócz tego chciałem dotrzeć pieszo do Czeremchy – dawnej wioski łemkowskiej, wysiedlonej po wojnie. To akurat mi się nie udało – piesze sforsowanie brodu za dawnym PGR-em w Lipowcu o tej porze roku okazało się niemożliwe. Droga za dawnym gospodarstwem rolnym nie jest może najgorsza ale zwykłym osobowym samochodem miałem jednak wątpliwości czy czegoś nie urwę. Oczywiście gdybym pojechał tam jednak samochodem to sforsowałbym bród… Ale nie można mieć wszystkiego. 





Stary cmentarz w Lipowcu


Cerkwisko w Lipwcu

Porobiłem więc trochę zdjęć i wróciłem do Jaślisk, zatrzymałem się na rynku, wysiadłem i zacząłem się rozglądać. W tym momencie przyszło olśnienie – przecież to tu było kręcone słynne polsko - słowackie „Wino Truskawkowe” ze wspaniałą muzyką Michała Lorenca! 

Tak sobie chodzę po rynku, robię zdjęcia, z filmu już właściwie niewiele pamiętam, nagle zaczepia mnie lokals o dość klimatycznym wyglądzie i coś mówi żebym robił zdjęcia. Coś tam potakuję ale on chce pogadać. – To ja z nią tańczyłem – mówi. Trochę wybałuszyłem oczy ale zaraz pomyślałem o filmie Dariusza Jabłońskiego. – Tak jestem tam na sześciu ujęciach. A po chwili jeszcze okazało się, że to mój ziomal z Krakowa ;-) 


Miejscowy bar, teraz oczywiście zamknięty ale w sezonie... 

Kapliczka U Murdzyków - wykonywano tu wyroki smierci i grzebano straconych. Nic tu nie straszy? ;-) 
W pewnym okresie w rejonie rozwinęło się także kamieniarstwo 


Rynek 

Charakterystyczna małomiasteczkowa drewniana zabudowa 


Jaśliska to historycznie bardzo ciekawe miejsce, kiedyś bogate miasto zarabiające krocie na handlu węgierskim winem, później stopniowo podupadało aż w latach 30-tych XX wieku straciło prawa miejskie. Zwiedzania tam jest na max godzinę ale to dogodna baza wypadowa do różnych wycieczek. Warto zboczyć z drogi na Barwinek lub po prostu zjechać tam na chwilę jadąc na Cisną.

A jeśli chodzi o wino truskawkowe, już takie bez cudzysłowu to ostatni raz piłem jabcoka właśnie w Beskidzie Niskim, ponad 10 lat temu ;-) Ale w tej bardziej środkowej części. 

wtorek, 5 grudnia 2017

Tragifarsa

To co się dziś działo w Kijowie to jest prawdziwa tragifarsa, powiedziałbym że szopka z pogrzebu. SBU próbowało zatrzymać Miszę Saakaszwilego, byłego prezydenta Gruzji, byłego gubernatora obwodu odesskiego oraz byłego… obywatela Ukrainy. 
Wróćmy do końcówki lipca. Siedziałem sobie spokojnie na lotnisku w Katowicach, czekając na odprawę, przeglądałem wiadomości na smartfonie aż tu nagle trach! Prezydent Poroszenko ODEBRAŁ ukraińskie obywatelstwo Michaiłowi Saakaszvili. Ten ostatni wcześniej skonfliktował się z całym rządem oraz otoczeniem prezydenta a w końcu z samym królem czekolady. Mimo wszystko zagranie Petra było poniżej pasa. Samemu prezydentowi Poroszence postaram się poświęcić osobny artykuł, bo to ciekawa i niejednoznaczna postać. Sporo wątpliwości budzą jego powiązania z pewnym mołdawskim oligarchą i interesy jakie z nim robi. Ale to oddzielny temat, który postaram się poruszyć. 
Misza zaś, także kontrowersyjna postać, jest co by nie mówić, bardzo zasłużony dla swojego kraju (Gruzji), które z państwa upadłego w latach 90-tych udało mu się przekształcić się w silnie rozwijający się, w miarę nowoczesny kraj o liberalnej gospodarce i pod względem wielu rozwiązań wyprzedzający nawet Polskę.
Było jednak oczywistością, że z uprawnieniami jedynie gubernatora, Saakaszwili nie rozmontuje korupcyjnego schematu Odessy, portu, urzędu celnego i wszystkiego co się z tym wiąże. Czy sobie zdawał z tego sprawę obejmując urząd gubernatora? Nie wiem ale powinien się tego domyślać. Robił wokół siebie dużo szumu, kreując się na pogromcę korupcji, nie zwojował jednak wiele. Ale zaistniał w świadomości wielu Ukraińców jako ten, który zwalczył korupcję w Gruzji (tą na niskim poziomie faktycznie), oraz ten, który walczy z korupcją toczącą państwo ukraińskie.
Powiedzmy sobie jednak szczerze – Ukraina jest dla Miszy – polityka chorobliwie wręcz ambitnego, ostatnim bastionem, w którym może on zaistnieć na scenie politycznej. W Gruzji jest spalony – poszukiwany listem gończym oraz właściwie bez zaplecza politycznego – jego partia niedawno się rozpadła. Walczy więc o przetrwanie. 
fot. Internet 

Nie bronię jednak Petra Poroszenki i jego ekipy gdyż także mają niejedno na sumieniu. I są to w najlepszym wypadku zaniedbania i zaniechania. Bardziej skłaniałbym się jednak ku stwierdzeniu, że to co się dzieje na Ukrainie to cementowanie dawnego oligarchicznego systemu rządzenia krajem. Nie widzę jakby woli wprowadzania głębokich reform – system podatkowy, służby skarbowe i celne, przepisy dla biznesu – nie widzę zauważalnych radykalnych zmian. A wymieniać można jeszcze długo. System „kryszowania” i przestępczych „schematów” ma się niestety dobrze.
Można by podsumować, że jeden wart drugiego. I było by to może nawet i zabawne, to dzisiejsze zatrzymanie Miszy przez SBU i późniejsze odbicie go przez tłum, gdyby nie było to wszystko tragiczne. 

Ukraina z jej zapóźnieniami wymaga drastycznych reform, co nie jest oczywiście łatwe z prawie pustym budżetem i wojną na karku. I mimo, że Poroszenko może nie jest najlepszym prezydentem to wzniecanie obecnie ludowych buntów przez Saakaszwilego jest rozwiązaniem jeszcze gorszym. 



sobota, 25 listopada 2017

Węgierscy sojusznicy Putina

Warto zwrócić uwagę na pojawiające się co jakiś czas publikacje dotyczące ruchów skrajnie prawicowych na Węgrzech. Nie są to tylko jakieś tam peryferyjne organizacje kilku podstarzałych skinów ale chociażby Jobbik, którego przedstawiciele zasiadają w parlamencie.

Pamiętacie zamach w Paryżu w 2015 roku? 


Informacja z pierwszej polowy listopada tego roku spięła mi to w całość: 




Salah Abdeslam – zamachowiec z Paryża, członek Państwa Islamskiego, przyjeżdża sobie na Węgry aby spotkać się z tamtejszą skrajną prawicą, konkretnie z Węgierskim Frontem Narodowym (MNA)! Facet, którego szuka policja i służby całej Europy!
Nie od wczoraj wiadomo, że skrajna prawica na Węgrzech jest infiltrowana, szkolona oraz finansowana przez rosyjski wywiad. 





Dziwnym trafem często jest tak, że pierwszą stacją TV podającą info o zamachu gdzieś na zachodzie Europy jest Russia Today. Przypadek? Wywoływanie strachu przed zamachami, przed islamem, przed falą uchodźców to jeden z filarów rosyjskiej polityki zagranicznej i działalności ich służb. Jest to jeden z elementów rozbijania i tak już słabej Unii Europejskiej, która jest tworem może tworem mało ruchliwym i powolnym i czasami bezwładnym, jednak jak na razie na naszym kontynencie jedynym, który może takim państwom jak nasze zapewnić stabilność. Rozbicie jedności UE to kluczowy cel rosyjskiej polityki.
Dedykuję ten tekst także naszym użytecznym idiotom krzyczącym o „polskim Lwowie” i atakującym prawosławną procesję w Przemyślu. Należy tu jednak postawić pytanie: - czy to tylko użyteczni idioci czy też ktoś im za to płaci? Obawiam się że nasze państwo w swojej obecnej postaci nie zechce odpowiedzieć na to pytanie. 

czwartek, 23 listopada 2017

Sighişoara

Wracam często do myślami do Rumunii, zwłaszcza, że nie wiem kiedy ponownie uda mi się do niej fizycznie wrócić. Takich urokliwych miejsc, do których chętnie bym wrócił jest wiele w tym kraju, wiele jest też wspaniałych miejsc, w których jeszcze nie byłem. A dla mnie takim szczególnym miejscem jest Sighişoara . To niewielkie miasto z urokliwą starówką naprawdę robi wrażenie. Wspaniała wieża zegarowa, urocze uliczki z zaułkami, mury obronne, to wszystko tworzy wspaniały klimat tego miejsca. 

























Gdy jeszcze wdrapiemy się na górę schodami uczniowskimi do tzw. górnego kościoła będziemy mogli podziwiać wspaniałą panoramę tego siedmiogrodzkiego miasta. 



Dla tropicieli historii oraz baśni i legend Sighişoara  to także nie lada gratka –  tu urodził się Vlad Tepes zwany też Palownikiem, syn Vlada Diabła (przeurocza rodzinka, prawda?) – będący jakoby pierwowzorem hrabiego Drakuli. 



A gdy już zmęczymy się zwiedzaniem to koniecznie zasiądźmy w jakiejś fajnej tutejszej knajpce aby posilić się lokalnym mititei i ugasić pragnienie miejscowym piwem.

Rumunia jest całkiem blisko.