sobota, 7 października 2017

Szklane domy. W deszczu

Nie myślałem, że w tym roku trafię ponownie do Baku. Ale trochę wolnego czasu jakie się wytworzyło w Gruzji, pozwalało na taki odskok od gruzińskiej codzienności. Do tego ułatwiona procedura wizowa – dokument drogą elektroniczną otrzymałem w trzy dni, zachęcała do wyjazdu. Zaopatrzony wcześniej w bilet zapakowałem się w Tbilisi do nocnego sypialnego pociągu aby na rano w miarę wyspany dotrzeć do stolicy Azerbejdżanu. Był początek października, powinno jeszcze być przyjemne jesienne słońce, jednak na dni, które miałem zamiar spędzić w Baku prognozy zapowiadały deszcz. Nic to, pomyślałem – jest kilka dni wolnych, trzeba je wykorzystać, najwyżej będę się ogrzewał w restauracjach i kafe doskonałą duszbarą i koniakiem. 




Swoje pierwsze kroki skierowałem do niezbyt odległej od dworca głównego knajpki 50 kepików, gdzie tradycyjnie powitałem Azerbejdżan miską znakomitego uzbeckiego płowu. Podana do niego kawa nie spełniła niestety moich oczekiwań ale w Azerbejdżanie trudno nie tylko o dobrą kawę ale o kawę w ogóle. To ewidentnie kraj herbaty co może nieco dziwić bo w bratniej Turcji robią przecież znakomita kawę. Przy wejściu do metra oczywiście leniwa kontrola bezpieczeństwa mojego małego plecaka (w dużym spokojnie mogłem wnieść 15 kg semteksu) i jadę do hotelu, jakieś siedem stacji od dworca ale hotel jest dosłownie pięć minut od stacji metra i dobry standard za rozsądne pieniądze. Prysznic, chwila odpoczynku i w miasto!
Mój październikowy pobyt w Baku to nie tylko mile spędzony, beztroski czas ale także praca. Wstępne układanie tras turystycznych, sprawdzanie różnych wariantów, testowanie knajp. Wysiadam więc na końcowej stacji czerwonej linii metra, Iczeri Szecher czyli miasto wewnętrzne i ruszam się pokręcić. Najpierw jednak sprawdzam czy dobrze pamiętam drogę od metra do funikulora, który jedzie na wzgórze gdzie znajduje się aleja zasłużonych – poległych w starciach z armią czerwoną w 1990 roku oraz w Karabachu i gdzie płonie wieczny znicz – pamięć ludzka potrafi płatać figle o czym przekonałem się w kwietniu „w stolicy kraju, o którym tutaj nie mówimy”. Domyślcie się gdzie. Kręcę się po klimatycznych zaułkach, wymyślając różne warianty tras, odrzucając jedne a przyjmując drugie. Iczeri Szecher, kompleksowo odremontowane w latach 90-tych robi wrażenie i pozwala turyście zasmakować nutki orientu. Później przychodzi czas na penetrację Alei Azerbejdżanu gdzie zapuszczam się w boczne, klimatyczne uliczki, nieco zapyziałe ale przez to prawdziwe – za 5 do 10 lat zapewne tych kwartałów już nie będzie – polegną pod wdzierającymi się na te tereny wysokimi apartamentowcami i biurowcami, zwłaszcza że to bardzo blisko od Placu Fontann oraz prestiżowego deptaka na ulicy Nizami. 






Przy wspomnianym placu „odkrywam” kościół – nie używany, ogrodzony ze wszystkich stron stalowym, nieprzejrzystym ogrodzeniem. To zapewne „stary kościół albański” jak źródła miejscowe nazywają obiekty pozostałe po Ormianach. Zdaje się on być jakby wstydliwie ukryty przed mijającymi to miejsce ludźmi. Udaje mi się zajrzeć przez szparę w ogrodzeniu – wnętrze zdaje się być zadbane. Trudna historia obu narodów jest tu nadal gorąca i lepiej nie wchodzić na te tematy. Pamięć wzajemnych krzywd jest ogromna. 

Pierwszy dzień kończę w znakomitej restauracji przy Palcu Fontann, do której uciekam przed deszczem. Gdy po około półtorej godzinie wychodzę leje jeszcze bardziej. Rad nie rad przez strugi wody przebijam się do dość odległej stacji metra, do którego docieram całkiem przemoczony. I ciekawa obserwacja z tegoż środka miejskiej komunikacji – jest tam dość ciepło, panuje w miarę stała temperatura więc Azerbejdżanie (potocznie mówi się u nas Azerowie ale ta forma nie jest prawidłowa) zdejmują w nim kurtki. Gruzini w tbiliskim metrze jadą w swoich siedmiu warstwach. Obserwacja zupełnie bez znaczenia ale właśnie to rzuciło mi się w oczy w metrze. Do hotelu docieram przemoczony, ulicą przed hotelem płynie rzeka. Dopiero teraz doceniam to, że kaloryfer w moim pokoju jest ciepły – dzięki temu spodnie i buty są rano suche.
Wyjazd do Baku byłby nie ważny bez spaceru Bulwarem Nafciarzy. Korzystając z tego, że akurat nie pada podążam tam spacerem ale żeby nie była tak prosto idę od dworca kolejowego i stacji metra 28 Maj. Każde morze robi wrażenie. Bulwar jest oczywiście bardzo zadbany, do tego stopnia, że odpowiedzialni za utrzymanie czystości zgarniają wodę z kałuż do odpływów. Rejsów wycieczkowych niestety w tym dniu nie ma ze względu na pogodę. 










Tak spędzam te kilka dni w stolicy Azerbejdżanu. Przemierzam pieszo dziesiątki kilometrów, „łapię” kierunki, sprawdzam przejścia, układam w głowie trasy zwiedzania. Ale też rozkoszuję się miejscową kuchnią, miejscowym winem, piwem i koniakiem.
W ostatni dzień wreszcie wychodzi słońce! Cudowne jesienne, ciepłe! Sprawdzam jeszcze kilka rzeczy po czym ładuję się na statek na półgodzinny rejs po zatoce aby zobaczyć Baku od innej strony. Myślę, że warto. 









Wieczorem pakuję się do pociągu do Tbilisi. Te kilka dni spędziłem miło ale też owocnie. Mam nadzieję, że nabraliście ochoty na wyjazd do Baku. Warto.

Ja zaś po powrocie do Polski z pewnością zacznę odświeżać swoją wiedzę o tym kraju. Trzeba wrócić do książek Jagielskiego i Góreckiego. 

wtorek, 18 lipca 2017

Xinaliq (Hinalug)

Już nazwa tej miejscowości może stwarzać problemy. Większość osób niezorientowanych, przeczyta ją jako Ksinaliq co będzie całkowicie błędne. Wynika to z tego, że Azerowie przejęli od Rosjan literę X czytaną jako H, tak jak w cyrylicy. Do tego stopnia ją przyjęli, że jest używana w ich alfabecie (turecka łacinka). Tak więc sprawę nazwy mamy załatwioną. Dotarcie do wioski też zapewne kiedyś nastręczało duży problem, aż do 2006 roku gdy wybudowano im drogę i to w dodatku asfaltową. Czemu piszę o wiosce na końcu świata, w północnym Azerbejdżanie, przy samej granicy z Dagestanem? Bo mnie urzekła i śmiało może konkurować ze swańską wioską Uszguli w Gruzji. Położona na około 2335 mnpm, jest najwyżej położoną, stale zamieszkałą wsią w Azerbejdżanie (szerszej skali nie chce stosować bo niesie ze sobą pewne pułapki) i to w dodatku zamieszkałą nieprzerwanie od 5 tysięcy lat. Lokalizacja na zupełnym odludziu i z dala od szlaków komunikacyjnych sprawiła, że najazdy ją omijały, nie była niczyim celem.
Wioska położona wśród gór, na zboczu, jest atrakcją samą w sobie. Dojechaliśmy do niej jeepem, bardzo malowniczą drogą, która też jest niebywałą atrakcją. 














Miejscowość może wygląda biednie, dość ubogie domki z kamienia, jednak od razu jak ją zobaczyłem przypomniał mi się pokaz zdjęć z Dagestanu, w którym kiedyś uczestniczyłem. Bardzo podobne klimaty. Są tam dwa muzea, które warto zwiedzić, są też dwa meczety, jeden z XII drugi z XV wieku. 




 








Już pod sklepem w dole wioski gdzie zostawiliśmy samochód, zgarnął nas miejscowy gospodarz i oprowadził. Później oczywiście skończyło się na poczęstunku u niego w domu. Zostawiliśmy oczywiście pamiątkę z Polski a na pożegnanie już przy samochodzie wcisnęliśmy mu jakąś drobną kwotę manatów. W Xinaliqu żyje się dość biednie, utrzymując się głównie z pasterstwa, nieco dorabiając przyjmując turystów. 
Nasz gospodarz mówił, że ma 42 lata. Wyglądał na 60. Życie tam jest bardzo ciężkie. 

Wioska przez swoje oddalenie od cywilizacji jest bardzo klimatyczna, myślę że tak mogły wyglądać gruzińskie wioski położone wysoko w górach 15 – 20 lat temu, gdy nie odwiedzały ich jeszcze rzesze turystów. Jest też znakomitym punktem wypadowym w góry, jednak wyjście na większość szlaków może odbywać się tylko za zezwoleniem straży granicznej a procedura jego uzyskiwania jest ułożona tak aby nie ułatwiać życia turyście. A widoki roztaczają się fantastyczne: 





video
A tu już droga powrotna 


Nie licząc mojego wypadu do Azerbejdżanu 7 lat temu z przyjaciółmi, dopiero teraz zaczynam odkrywać ten kraj i myślę, że odnajdę w nim jeszcze dużo ciekawych miejsc. Do Xinaliqu chciałbym kiedyś wrócić aby posiedzieć sobie tam ze trzy dni w świętym spokoju, którego ostatnio bardzo mi brakuje.