Z wioski po nawale wojennej i późniejszej akcji
wisła nie zostało prawie nic. Pensjonat Hajstra w dawnej strażnicy WOP i
jeszcze kilka budynków. Kościółek właściwie zaczął służyć wiernym dopiero w
obecnych czasach choć starania o jego budowę podjęto już w 1902 rok i jest to
znaczenie czysto symboliczne – msze odbywają się tam dwa razy do roku. Dalej
jest już tylko słowacka granica. Huta Polańska to bardzo klimatyczne miejsce,
przysłowiowy „koniec świata” gdzie można oderwać się od otaczającego nas
świata, zagłębić się w spokoju w dobrą książkę, napisać zaległy tekst, wyruszyć
na szlak w nie wysokie góry Beskidu Niskiego, wczuć się w klimat pogranicza,
zobaczyć opuszczone cmentarze i miejsca po cerkwiach i wsiach – polskich,
łemkowskich, gdzie obok siebie żyło kilka nacji. To świat, którego już nie ma
ale pozostały po nim wyraźne ślady. Kościółek w Hucie Polańskiej jest tego
przykładem.
Obecnie zajmuję się turystyką, trochę fotografuję, z zainteresowaniem śledzę wydarzenia międzynarodowe, bywam w ciekawych miejscach, spotykam ciekawych ludzi, robię ciekawe rzeczy (czasami). Z różnych przyczyn nie o wszystkich mogę i chcę napisać ale to czym chcę się z Wami podzielić znajdziecie w tym blogu. Ciekawych świata zapraszam na moją stronę na facebooku: https://www.facebook.com/zewszystkichstron
środa, 20 maja 2015
środa, 29 kwietnia 2015
Kamień – Grzyb
Wcale nie daleko od Krakowa, kawałek za Bochnią, na
obrzeżach wsi Lipnica Górna znajduje się osobliwa skała będąca miejscową
atrakcją turystyczną. Teren ten należy do Wiśnicko – Lipnickiego Parku
Krajobrazowego. Zupełnie o tym miejscu nie wiedziałem wcześniej. Jest to
Rezerwat Przyrody Grzyb - Kamień. Skała
w kształcie grzyba, która oderwała się od większej całości w wyniku erozji – ot
– miejscowa atrakcja. Jadąc w kierunku Limanowej warto poświecić pół godziny
aby zboczyć z trasy i zobaczyć to miejsce.
Po więcej info zapraszam tutaj:
wtorek, 28 kwietnia 2015
Ciekawa książka i historia jak koło
Już dawno mi się nie zdarzyło żebym przeczytał
książkę w nie całe dwa dni. Może to zasługa wyjazdu na wieś gdzie nie traci się
tyle czasu na siedzenie przy komputerze. „Dobij Mnie Europo” – wznowienie
znakomitej książki Adama Bednarczyka, polskiego ochotnika w Bośni. Autor trafia
do oddziału zwiadowczego Chorwatów w Bośni i zostaje z nimi przez wiele
miesięcy. Książka, co ważne, nie epatuje krwawymi opisami, nie jest wiec
poszukiwaniem taniej sensacji. Zawiera za to opisy życia przyfrontowego
obfitującego w pijatyki ale też rodzące się uczucia a przede wszystkim
braterstwo broni. Są oczywiście opisy akcji, czasem prostych, czasem
niebezpiecznych, giną przyjaciele, ludzie z oddziału, giną też wrogowie –
Serbowie. Ale tak naprawdę to autor opisuje życie w bazie i strefie
przyfrontowej.
Książka nie jest może wysokiej klasy arcydziełem ale
osoby interesujące się Bałkanami i wojnami jakie się tam toczyły w latach
90-tych XX wieku oraz interesującymi się w ogóle konfliktami powinni ją przeczytać.
Naprawdę warto.
Czytając o tej, już nieco zapomnianej wojnie, dość
często znajdywałem opisy i stwierdzenia jak ulał pasujące do dzisiejszej
sytuacji na Ukrainie – osamotnieni obrońcy kraju, których tak naprawdę Europa
ma w dupie. Chorwatom i Bośniakom przynajmniej dostarczano po cichu broń, mimo
obowiązującego embarga (Chorwatom broń dostarczał także nasz wywiad wojskowy),
Ukraińcom właściwie nikt nie chce w sposób zdecydowany pomóc…
Dobij mnie Europo…
Opuszczony, postrzelany dom w mieście Jajce w Bośni
niedziela, 26 kwietnia 2015
CZARNOBYL
Dziś
mija 29 rocznica katastrofy w Czarnobylu. Miałem okazję być
dwukrotnie w zamkniętej strefie. Tekst który zamieszczam jest
fragmentem książki, która może kiedyś powstanie...
Dobrze jest
odwiedzić jakieś miejsce ponownie po kilku latach aby zobaczyć jak
się zmieniło, i w którą stronę poszedł tam rozwój turystyki.
Takim specyficznym miejscem, dobrym do takich ocen jest zamknięta
strefa wokół elektrowni w Czarnobylu. Odwiedziłem ją dwukrotnie:
w 2007 i w 2011 roku.
Pomysł mojego
pierwszego wyjazdu do zakazanej strefy zrodził się już jakiś czas
wcześniej, dzięki, a jakże, internetowi i portalowi Odyssei, na
którym zaczynałem dopiero buszować. Trafiłem na strony
zawierające zdjęcia z Prypeci i Czarnobyla. Zajawiłem się. Nigdy
wcześniej nie sądziłem, że może tam być coś ciekawego.
Największe wrażenie zrobiły na mnie zdjęcia z opuszczonego miasta
Prypeć - 60-tysięczne blokowisko ewakuowane w całości w ostatnich
dniach kwietnia 1986 roku. Nie miałem także pojęcia jak się
zabrać za organizację takiego wyjazdu. Wchodziła tu w grę kwestia
transportu, zezwolenia na wjazd do zony itp. Ale okazało się, że
jest nas więcej. Na szacownym forum tegoż portalu skrzyknęło się
kilka osób i oto jesteśmy wszyscy razem w wyznaczonym miejscu
zbiórki około 9 rano w MC Donaldsie koło dworca kolejowego w
Kijowie. Są ludzie z Krakowa, Wrocławia i Poznania. O 9 pakujemy
się do busa z ukraińskiego biura turystycznego, które
zorganizowało wyjazd i ruszamy. Tak było za pierwszym razem, w 2007
roku. Wszystkiemu towarzyszyła jeszcze jakaś taka atmosfera
tajemniczości i prawie grozy. Z ekipą wytrawnych podróżników z
jaką przyszło mi zwiedzać wtedy zonę można było ciekawie
porozmawiać, wymienić się doświadczeniami z różnych podróży w
różne części świata i mimo, że jechaliśmy tak naprawdę na
komercyjną, zorganizowaną wycieczkę to czuć było ten dreszczyk.
Zupełnie inny klimat towarzyszył mi podczas mojego drugiego pobytu
w zonie z tym samym biurem turystycznym specjalizującym się w tego
typu „ekstremalnych” wyprawach, z którego usług korzystałem
aby mieć wolną głowę od załatwiania pozwoleń na wjazd
indywidualny, transportu i innych cudów ukraińskiej biurokracji.
Wielki Neoplan i wielonarodowy kolorowy tłum kłębiący się przy
nim w miejscu zbiórki spowodował u mnie silny opad szczęki. Tym
razem pełna profesjonalna obsługa turystyczna, łącznie z tym, że
można zapłacić za wycieczkę kartą w mobilnym terminalu. Jedzie
się przez malownicze lasy, przy drodze, na jesieni ludzie sprzedają
radio-grzybki... Grzyby wchłonęły bardzo dużo pierwiastków
promieniotwórczych. Do granicy zony w miejscowości Ditiatki
docieramy około 11. Milicjanci bardzo starannie sprawdzają nasze
dokumenty z listą osób którą dysponują. Przy najmniejszym
błędzie trzeba wykonać wiele telefonów aby sprawę wyjaśnić.
Tak było za pierwszym razem gdy okazało się, że na takiej liście
nie ma jednego z naszych kolegów, za to ja jestem wpisany dwa razy.
Zastanawiam się na ile wynika to z sumienności pracy milicjantów a
na ile jest to na pokaz. Na szczęście po pół godzinie udaje się
sprawę wyjaśnić, szlaban w górę i jedziemy do miejscowości
Czarnobyl. Tutaj w biurze poznajemy naszego przewodnika, krótka
odprawa i rys historyczny, mapy zasięgu skażenia i ruszamy na
zwiedzanie strefy. Zatrzymujemy się w centrum Czarnobyla i idziemy
do sklepu (!) kupić coś do picia (jak wiadomo promieniowanie
najlepiej neutralizuje alkohol). Sklep jest w tym dziwnym miejscu
niezbędny bo żyją tam ludzie - obsługa techniczna elektrowni
czuwająca nad jej bezpieczeństwem. Mieszkają w zonie pięć dni w
tygodniu. Potem następuje rotacja. Ku naszemu zaskoczeniu w sklepie
można płacić kartą, jednak sklepowa nam to odradza gdyż długo
się czeka na połączenie. Myślę, że w moim banku by oszaleli
jakby przyszedł im wyciąg z mojej karty z płatnością w
miejscowości Czarnobyl. Zaopatrzeni w drinki w butelce ruszamy w
trasę.
Z autobusu, podczas
mojej drugiej wizyty w zonie, widzimy nowo zrobiony memoriał pamięci
ofiar składający się z chyba kilkuset krzyży. Warto wspomnieć,
że w zonie byliśmy wtedy kilka dni po oficjalnych obchodach 25
rocznicy katastrofy, w której brali udział prezydenci Janukowycz i
Miedwiediew. Tak więc trawa pomalowana jest na zielono, miejscami
położony nowy asfalt a pnie drzew prężą się pobielonymi na
biało pniami. Po drodze mijamy wyświetlacz pokazujący m.in.
aktualne promieniowanie. Docieramy do miejsca, które było chyba
kiedyś małym stadionem. Na dawnym boisku stoją wozy bojowe
zaparkowane tam na zawsze, które brały udział w akcji ratunkowej.
Nie jest to jednak słynny cmentarz maszyn, którego zdjęcia można
znaleźć w Internecie. Maszyny z tego cmentarza zostały podobno
pocięte, jak twierdzi nasz przewodnik, przestały istnieć (ale
chyba nie do końca jest to prawda). Co ciekawe, sprawdzamy stopień
napromieniowania tych pojazdów. Pancerz praktycznie nie promieniuje
za to przy gąsienicach licznik gajgera od razu skacze.
Zatrzymujemy
się przy pomniku ratowników usytuowanym przy miejscowej jednostce
straży pożarnej. Pomnik chałupniczą metodą wykonali sami
strażacy. Następnie wieś Kopaczi a właściwie to co z niej
zostało - wszystko zostało zburzone i przykryte warstwą ziemi.
Fotografujemy się z tabliczkami ostrzegającymi o promieniowaniu i
zakazujących kopania. Nasz licznik Gajgera nie wskazuje jednak
dużego skażenia. Z drogi podziwiamy widoczną w oddali stację
radarową nazywaną Okiem Moskwy, niedziałającą prawdopodobnie od
awarii w elektrowni (jeśli działała kiedykolwiek bo co do tego nie
ma pewności). Są to dwa ogromne radary, jeden 150 m a drugi 90 m
wysokości. Prawdopodobnie był to element radzieckiej tarczy
antyrakietowej, w dawnym ZSRR istniał jeszcze jeden taki radar. Ale
to tylko domysły bo nikt, ani Rosja ani Białoruś, ani Ukraina nie
ujawniają żadnych szczegółów na temat tej kupy żelastwa. Gdzieś
czytałem, że po stronie białoruskiej istnieją jeszcze podziemne
bunkry gdzie było centrum dowodzenia tą stacją. Nowe czasy
przedzieliły dawną jednostkę wojskową granicą państwową.
Chcemy jechać do Oka Moskwy ale okazuje się, że kilka lat temu
wojsko zamknęło tą strefę, tak przynajmniej twierdzi nasz
przewodnik. Za to w Kopaczi zwiedzić można jeszcze przedszkole –
jeden z nielicznych budynków jaki pozostał – zabawki, pomoce
szkolne, łóżeczka dla dzieci robią niesamowite wrażenie. Wokół
przedszkola zarośnięty plac zabaw, którzy sprawia jakieś
nierzeczywiste wrażenie.
Wąską zarośniętą drogą, docieramy nad
jezioro, którego wody chłodziły kiedyś reaktory. Piękny sielski
widoczek i bezkres wody. Aż trudno uwierzyć, że jesteśmy koło
elektrowni atomowej, w której doszło do ogromnej katastrofy.
Jedziemy dalej. Zatrzymujemy się przy reaktorach nr 5 i 6. W chwili
awarii były one w budowie. Wokół nich zastygłe wielkie dźwigi.
Budowa nigdy nie zostanie dokończona... W oddali widać już znajomy
obiekt z kominem. To główny zespół budynków elektrowni z
feralnym, 4 reaktorem a właściwie tym co po nim zostało.
Zatrzymujemy się przy pomniku ku czci "gierojom" biorącym
udział w akcji ratunkowej. Przed nami betonowy sarkofag bloku
czwartego. Pamiętam jak pod koniec kwietnia 1986 od kogoś z rodziny
dostaliśmy informacje o katastrofie i zakaz wychodzenia z domu!
Panika była wtedy ogromna, potem oczywiście poiliśmy się płynem
lugola. W tym miejscu nasz licznik wskazuje już sporo więcej. Sesja
zdjęciowa i ruszamy dalej.
Teraz to co mnie najbardziej
interesowało, pociągało. Miasto Prypeć założone w 1970 roku dla
pracowników elektrowni. Stajemy jeszcze na wiadukcie kolejowym,
nazywanym dziś mostem śmierci, widać jeszcze pociągi na stacji w
mieście, które nigdy już nie odjadą. Obawiam się, że ludzie,
którzy, być może, obserwowali elektrownie z tego wiaduktu w tamten
kwietniowy wieczór, mogą już niestety nie żyć. Prypeć. Kolejna
drobiazgowa kontrola dokumentów przy wjeździe do miasta. Mijamy
posterunek i idziemy "w miasto". To znakomity przykład co
jest w stanie zrobić przyroda w dwadzieścia kilka lat. Drzewa
zaczynają już rosnąć w budynkach. W mieście panuje całkowita
"ogłuszająca" cisza. Bloki mieszkalne zieją pustymi
oknami, budynki użyteczności publicznej najczęściej okien nawet
nie mają. Zwiedzamy dom kultury, gdzie widać poczynione
przygotowania do akademii pierwszomajowej mającej się odbyć za
kilka dni, supermarket, w którym stoją lady chłodnicze i wózki na
zakupy, szkołę gdzie leżą podręczniki, pomoce naukowe, jest w
pełni wyposażona biblioteka niestety zdewastowana. Wszystko to robi
ogromne wrażenie. Ci ludzie mieli tylko kilka godzin na spakowanie
się. Powiedziano im, że to tylko na kilka dni. Wszystkich
zapakowano do autobusów. Większość nie zobaczyła już swojego
miasta. W dniu ewakuacji, po południu wojsko ponownie przeczesało
miasto i znalazło kilku opornych. Dla wysiedlonych z Prypeci
zbudowano mieszkania w mieście Sławutycz. Duże wrażenie robi na
mnie mała sala gimnastyczna w jednym ze skrzydeł szkoły, w której
stoi zniszczony przez warunki atmosferyczne kozioł do skoków. W
innej sali walają się stosy porozrzucanych masek przeciw gazowych.
Wychodzimy na dach
szesnastopiętrowego bloku. Z niego rozciąga się wspaniały widok
na całe miasto. Na całe puste miasto. Na martwe wesołe miasteczko,
które robi chyba największe wrażenie, na pustą szkołę,
zdewastowany supermarket. I na elektrownie w całej okazałości.
Zwiedzamy jeszcze basen i wracamy do pojazdu. Przewodnik i kierowca
już się niecierpliwią bo przeciągamy pobyt w Prypeci. Te ok. dwie
godziny to stanowczo za mało. Tam trzeba by pobyć cały dzień! Po
opuszczeniu miasta mijamy miejsce nazywane Czerwony Bór. Wskazanie
na liczniku gwałtownie rośnie. Ten teren został najbardziej
skażony po awarii, całkowicie wymarła w nim przyroda, która
dopiero kilkanaście lat temu zaczęła się odradzać.
W międzyczasie jemy
bardzo smaczny obiad w niedawno odremontowanej stołówce niedaleko
elektrowni.
Jeszcze parę ujęć
obiektu ze słynnym kominem, od innej strony i jedziemy oglądać
wielkie ryby koło samego kompleksu elektrowni. Tym kanałem
doprowadzana była woda do chłodzenia reaktorów. Trzyosobowe stadko
sumów już na nas czeka a wokół nich mnóstwo mniejszych ryb. Od
razu zaznaczam – to nie są sumy-mutanty; Woda nie jest
napromieniowana. Po prostu nie niepokojone przez nikogo doczekały do
tak monstrualnych rozmiarów. Rybki, wyćwiczone przez coraz liczniej
odwiedzających strefę turystów tylko czekają, aż się im coś
rzuci. Przydaje się chleb zabrany ze stołówki. Korzystając z
tego, że zrobiła się pogoda jedziemy ponownie pod reaktor numer
cztery. Teraz już sesja zdjęciowa na dużym luzie. Przygotowywana
jest budowa nowego sarkofagu gdyż ten stary, budowany w pośpiechu
grozi zawaleniem. Budowa ma potrwać ok. 7 lat. W okolicy powstały
już bazy firm budowlanych, które zajmą się budową. Na koniec
udaje nam się jeszcze zobaczyć dawny port rzeczny z na wpół
zatopionymi barkami. Wtedy pierwszym razem, na tle jesiennej przyrody
wyglądały niesamowicie.
Niewiele
pozostało już z atmosfery tajemniczości i pewnego dreszczyku
emocji jaki towarzyszył mi podczas mojego pierwszego pobytu w zonie.
Zamknięta strefa wokół elektrowni w Czarnobylu stała się
miejscem tłumnie odwiedzanym przez turystów z całego świata,
miejscem ogromnie komercyjnym. Podczas kolejnego wyjazdu zobaczyłem
co prawda kilka miejsc, których nie widziałem wcześniej jednak np.
pobyt w Prypeci, która wydaje mi się najciekawszym miejscem był
mocno ograniczony, choć przyczyniła się do tego także zmienna
pogoda.
Nasza
wycieczka pomału dobiega końca, odwozimy naszego przewodnika do
Czarnobyla, po drodze podziwiając jeszcze z oddali „Oko Moskwy”
i ruszamy w kierunku granicy strefy. Tam wszyscy muszą opuścić
autokar i przejść przez specjalne radiometryczne bramki. To taki
trochę teatr i zastanawiam się czy te bramki naprawdę działają.
W tym czasie pracownik strefy z detektorem sprawdza opony naszego
autokaru. Szlaban się podnosi i opuszczamy strefę duchów.
Jeśli
jeszcze kiedyś się tam wybiorę to tylko z indywidualnie
załatwionym pozwoleniem i własnym samochodem. W
trzydziestokilometrowej strefie zamkniętej wokół elektrowni jest
przecież dużo ciekawych miejsc, do których turyści rzadko jeszcze
zaglądają. Nawet tam, w zamkniętej i prawie wymarłej strefie,
budzącej grozę po dziś dzień, trzeba szukać nie oklepanych
turystycznie, niszowych miejsc i uciekać od wdzierających się
wszędzie ludzi! Mimo tej komercjalizacji Czarnobyl pozostaje
niesamowitą, namacalną lekcją nie tak odległej historii.
czwartek, 16 kwietnia 2015
Rekomendowane noclegi w Gruzji - aktualizacja 2015
Idzie nowy sezon, chcę więc zarekomendować Wam kilka wybranych kwater z terenu całej Gruzji:
Tbilisi
Irina Hostel
Irina Hostel
Ulica Ninoshvili 19B
III Pietro, dzielnica Marjanishvili
Legendarne miejsce w Tbilisi, jeden z najstarszych hosteli, polecany przez wszystkie przewodniki i przeze mnie
Hostel dysponuje ok 50 miejscami. Znakomite miejsce, które gorąco polecam
Rezerwacji lepiej dokonać z wyprzedzeniem
irina5062@gmail.com
+99599111669
język rosyjski i angielski
Legendarne miejsce w Tbilisi, jeden z najstarszych hosteli, polecany przez wszystkie przewodniki i przeze mnie
Hostel dysponuje ok 50 miejscami. Znakomite miejsce, które gorąco polecam
Rezerwacji lepiej dokonać z wyprzedzeniem
irina5062@gmail.com
+99599111669
język rosyjski i angielski
inna opcja w Tbilisi
Hostel Lion blisko stacji metra Avlabari
dobre warunki ale trochę drożej. Ul. Pahgava 36
+995555608038
Jez. rosyjski
Hostel Lion blisko stacji metra Avlabari
dobre warunki ale trochę drożej. Ul. Pahgava 36
+995555608038
Jez. rosyjski
Mestia
Roza Shukvani
rozashukvani@gmail.com
+995599641455
swietna kwatera, świetne jedzenie
język angielski i rosyjski
Roza Shukvani
rozashukvani@gmail.com
+995599641455
swietna kwatera, świetne jedzenie
język angielski i rosyjski
http://www.roza-mestia.com/
Kutaisi
Kote
http://hostelkutaisi.wordpress.com/
język polski
bardzo pomocny i poukładany facet, który wiele może załatwić. Będziecie zadowoleni. Polecam!
inna opcja w Kutaisi
Giorgi Giorgadze
ul. Czanczibadze 14
giorgihomestay14@yahoo.com
https\://www.facebook.com/giorgis.guesthouse?fref=ts
bardzo przyzwoita kwatera i solidny, kompetentny właściciel, który może nie jedno załatwić, między innymi wycieczki po atrakcjach w okolicy Kutaisi. Polecam!
Jez. angielski i rosyjski
Kazbegi
Maia Shujashvili
+99555548480
Kutaisi
Kote
http://hostelkutaisi.wordpress.com/
język polski
bardzo pomocny i poukładany facet, który wiele może załatwić. Będziecie zadowoleni. Polecam!
inna opcja w Kutaisi
Giorgi Giorgadze
ul. Czanczibadze 14
giorgihomestay14@yahoo.com
https\://www.facebook.com/giorgis.guesthouse?fref=ts
bardzo przyzwoita kwatera i solidny, kompetentny właściciel, który może nie jedno załatwić, między innymi wycieczki po atrakcjach w okolicy Kutaisi. Polecam!
Jez. angielski i rosyjski
Kazbegi
Maia Shujashvili
+99555548480
https://www.facebook.com/profile.php?id=100007525424482&fref=ts
wspaniałe jedzenie i bardzo ciepła osoba, polecam szczególnie.
jęz. rosyjski
inna opcja Kazbegi
Lia i Ramazi
+995599153639
Dobra kwatera z dobrym jedzeniem. Ramaz ma jeepa, którym może urządzić wycieczkę po okolicy.
Jeż. rosyjski
Kvareli
Iva Kuprashvili
eka_todadze@mail.ru
+995595370702
Bardzo dobra kwatera, wypasik, dobre jedzenie
Jez. rosyjski i podstawowo angielski
Sighnagi
Nukri Shengelia
Bardzo dobra, bardzo dobry gospodarz. Bez problemu może zorganizować tour po Kachetii i nie tylko oraz do Parku Narodowego Waszlowani.
+995555300378
Język rosyjski
wspaniałe jedzenie i bardzo ciepła osoba, polecam szczególnie.
jęz. rosyjski
inna opcja Kazbegi
Lia i Ramazi
+995599153639
Dobra kwatera z dobrym jedzeniem. Ramaz ma jeepa, którym może urządzić wycieczkę po okolicy.
Jeż. rosyjski
Kvareli
Iva Kuprashvili
eka_todadze@mail.ru
+995595370702
Bardzo dobra kwatera, wypasik, dobre jedzenie
Jez. rosyjski i podstawowo angielski
Sighnagi
Nukri Shengelia
Bardzo dobra, bardzo dobry gospodarz. Bez problemu może zorganizować tour po Kachetii i nie tylko oraz do Parku Narodowego Waszlowani.
+995555300378
Język rosyjski
Inna opcja w Sighnagi:
Pensjonat rodziny
Zandarashvili
+995599750510
+995577752510
Język angielski i
rosyjski
Zapraszamy także na zorganizowane wyjazdy z nami:
http://www.adorientem.eu/
oraz do polubienia mojej strony na FB
https://www.facebook.com/zewszystkichstron?fref=ts
Zapraszamy także na zorganizowane wyjazdy z nami:
http://www.adorientem.eu/
oraz do polubienia mojej strony na FB
https://www.facebook.com/zewszystkichstron?fref=ts
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Tbilisi – w rytmie zmian
Stojąc ostatnio (przed Świętami Wielkanocnymi) na
twierdzy Narikala i patrząc w dół na Tbilisi uświadomiłem sobie, że byłem
świadkiem sporej ilości zmian jakie zaszły w tym mieście przez ostatnie lata.
Gdy przyjechałem tu po raz pierwszy, w 2008 roku nie
było jeszcze wielu szczegółów architektonicznych przykuwających obecnie uwagę
turystów.
A teraz proponuję Wam zabawę w Wytęż Wzrok ;-)
2008 rok
Moja pierwsza panorama Tbilisi
Pałac prezydencki - jeszcze w budowie
Kościół Metehi i skrzyżowanie koło niego
W roku 2009 byłem zbyt pochłonięty zwiedzaniem
innych części Gruzji oraz Armenii i Górskiego Karabachu aby zrobić jakąś panoramę
Tbilisi. Ale dzięki temu na zdjęciach już z 2010 roku nawet mało wprawny
obserwator zauważy dość istotne zmiany.
2010 rok
W tle pomnika Vahtanga Gorgasali zaczęto budować hotel
Budowa pałacu prezydenckiego została ukończona
A co to szklany łuk przerzucony przez Mtkvari?
Powstaje Park Pokoju
Tak, tak to jest to - Most Pokoju, zwany przez złośliwych podpaską
2011 rok
Do podpaski zdążyliśmy się już przyzwyczaić
Cały czas powstaje Park Pokoju
Porządkuje się otoczenie pałacu prezydenta
Kończą budować hotel koło Metehi
Rok 2012 mógł zaskoczyć wielu. I zapewne zaskoczył
2012 rok
"To coś" co powstało przy Parku Wolności to sala koncertowa. Budzi skrajne emocje
Kolejka linowa na wzgórze Narikala a po lewej w tle tzw. grzybki - urząd w którym obywatel może załatwić WSZYSTKIE sprawy urzędowe, czyli magiczne "jedno okienko", które u nas nie działa do dziś
W roku 2013 wszystko nabierało rumieńców... ;-)
2013 rok
Po to aby błyszczeć w kolejnych latach
2015 rok
Tak oto na moich oczach zmieniło się centrum
Tbilisi. Warto wspomnieć, że nie tylko centrum. Stolica Gruzji to miasto z
charakterem. Więc po prostu zapraszamy Was!
Subskrybuj:
Posty (Atom)












