poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Strzały w kraju którego nie ma

W sobotę znów, we właściwy sobie sposób przypomniał nam o swoim istnieniu Górski Karabach – nie uznawane przez nikogo państwo – sporne terytorium po miedzy Armenią a Azerbejdżanem. 
grafika internet 

To nie wina Karabachu ani jego mieszkańców, że świat przypomina sobie o nich tylko wtedy gdy na linii demarkacyjnej znów dochodzi do wymiany ognia po miedzy wojskami. To raczej wina świata i mocarstw, że pozostawiają nie rozwiązany kolejny zamrożony konflikt i w ten czy inny sposób pozwalają rozdawać karty Rosji, która zawsze wtedy kiedy jest jej to potrzebne sięga po taki instrument nacisku. 








Pierwszego kwietnia 2016 roku doszło do najpoważniejszych starć po między (oficjalnie) armią Republiki Górskiego Karabachu (Armenia utrzymuje tam także swoje regularne oddziały, nieoficjalnie) a wojskiem Azerbejdżanu. Azerowie stracili śmigłowiec i czołg, po obu stronach padli zabici żołnierze a także cywile (prawdopodobnie dwie osoby).

Więcej o terytorium i genezie konfliktu znajdziecie tutaj: 
Byłem w Karabachu sporo lat temu. Nie widziałem wiele bo tylko Stepanakert, Szuszę, monastyr Ganżasar oraz pobliską wioskę Vank. Jednak z pewnością miejsce to zrobiło na mnie wrażenie. Od tematu wojny o niepodległość nie sposób tam uciec. Tu szczegółowo opisałem historię mojego pobytu: 
Piszę o tym wszystkim bo, tak jak wspomniałem świat znów przypomniał sobie o tym zadawnionym konflikcie. Czemu akurat teraz doszło do tak poważnych starć, które mogą się przerodzić w kolejną wojnę? Kluczem do tego zagadnienia mogą być obecne problemy Rosji z cenami ropy, stanowiącymi przecież pokaźny i ważny punkt w dochodach tego kraju. Ale też w ogóle azerska ropa, będąca solą w oku Rosji a zwłaszcza jej tranzyt przez Gruzję oraz Turcję w zasadzie w dowolne miejsce na świecie z pominięciem kraju Putina. 









Teraz pewnie nikt za diabła nie dojdzie kto na linii rozdziału wojsk oddał pierwszy strzał (choć tym razem chyba raczej Azerowie) ale trzeba pamiętać, że Armenia, otoczona z dwóch stron przez wrogie państwa jest właściwie zakładnikiem Rosji, która dostarcza jej gaz, jest gwarantem jej bezpieczeństwa (ogromny garnizon w mieście Giumrii i lotnisko w Erebuni), a nawet strzeże jej granic zewnętrznych (rosyjska straż graniczna pilnuje granic Armenii). Ten mały i dość biedny kaukaski kraj jest całkowicie właściwie od Rosji zależny. Z drugiej strony Azerbejdżan – potęga ropy i gazu, która tylko na wojsko wydaje tyle ile wynosi budżet całej Armenii i Turcja – druga co do wielkości armia NATO. Osłabienie pozycji Azerbejdżanu jest oczywiście w interesie Rosji. A położenie łapy przynajmniej na części ich zasobów to marzenie kremlowskiej ekipy. Zaś do przerwania niezależnego tranzytu ropy i gazu z Azerbejdżanu na zachód wystarczy zapewne wysłać do Gruzji dwie brygady pancerne. Świat na chwilę zamknie oczy a gdy je otworzy będzie już po herbacie.
Do tego Azerbejdżan stale musi lawirować między zachodem a Rosją bo, umówmy się, demokracja jest tam tylko nic nie znaczącym sloganem. Armenia wzorem swobód obywatelskich i uczciwych wyborów także nie jest co potwierdzają choćby krwawo stłumione zamieszki po „wyborczych nieprawidłowościach” w 2008 roku.
Do tego dorzućmy jeszcze fatalne stosunki rosyjsko – tureckie a Turcy zapewne Azerbejdżanu samego nie zostawią… A rola Turcji w tym regionie świata jest bardzo duża. To tylko kreślenie czarnego scenariusza ale i takie trzeba brać pod uwagę. 









8 komentarzy:

  1. Hej, w tym roku planuje z przyjaciółką pojechać drugi raz do Gruzji, tym razem interesuje nas Tuszetia, przy okazji chciałybyśmy zwiedzić Armenię (pomysł kiełkuje w głowach już chyba rok). W związku z ostatnimi wiadomościami z wydarzeniami na terenie Karabachu i komunikatem msz, zaczynam mieć wątpliwości i myślę czy czasem nie zmienić kierunku podróży. Co o tym sądzisz, lepiej odpuścić sobie tą Armenię i przyjechać za rok, czy raczej turystycznie można spokojnie się wybrać (wiadomo nie będziemy zapuszczać się w niebezpieczne tereny, planujemy kilkudniową objazdówkę po najważniejszych miejscach)?
    Z góry dzięki za pomoc,
    Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
  2. Cały czas trzeba oczywiście monitorować sytuację i śledzić to co piszą np. różne analityczne ośrodki zajmujące się tematem, choćby Ośrodek Studiów Wschodnich, zapraszam na ich stronę. W Karabachu się chyba uspokoiło, też z zainteresowaniem śledzę sytuację bo w czerwcu chciałbym zorganizować tam jeep tour. Na tą chwilę myślę że jest spokojnie i do Armenii można spokojnie jechać.
    Do Tuszetii rozumiem, że jedziecie jeepem z Alvani? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki wielkie za uspokojenie :) Bardzo się nastawiłyśmy już na tą podróż. Nie jedziemy jeepem, w czerwcu wybieramy się na kilkudniowy trekking, podobno w Tuszetii jest przepięknie, a rok temu podczas objazdówki po Gruzji nie starczyło nam już czasu na ten rejon :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem trekking po Tuszetii, lub z Tuszetii do Chewsuretii ale najpierw trzeba do tej Tuszetii dojechać ;-)

      Usuń
  4. No dobra, nie ogarniałyśmy jeszcze szczegółów ;) Ciężko się tam dostać?

    OdpowiedzUsuń
  5. Tylko jeepem. Z wioski Alvanii za ok 200 gel

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak już jesteśmy przy temacie Tuszetii, czytałam, że sporo jest tam tras trekkingowych, czy polecasz jakąś szczególnie? Około tygodnia będziemy w samej Tuszetii, czy orientujesz się może czy da się tam robić trasy bez dźwigania namiotu, jak jest tam z noclegami w schroniskach? Czy namiot jest jednak konieczny?

    OdpowiedzUsuń
  7. Kwestia gdzie chcecie chodzić. Kompas i dobra mapa są koniecznością. Po wioskach są guesthousy i można się zatrzymać ale jeśli planujecie dalszy trekking to potrzebny będzie namiot. Jeśli zasady się nie zmieniły to wyjście na szlak graniczny należy zgłosić policji granicznej w Omalo i uzyskać stosowną przepustkę.

    OdpowiedzUsuń