poniedziałek, 16 listopada 2015

„Wszystkie Wojny Lary”

Brakowało mi nowej, kolejnej książki Wojciecha Jagielskiego dotyczącej „tych” terenów. Bliskich także dla mnie, znanych mi lepiej lub gorzej. Ostatnio pisał o Afryce a od jakiegoś czasu straciłem zainteresowanie tym co tam się dzieje – przecież na wschodzie dzieje się wystarczająco dużo oraz można dużo łatwiej i taniej po prostu tam pojechać śledząc i inspirując się tymi czy innymi publikacjami. I to staram się robić. Warto przypomnieć, że Jagielski jest autorem i można powiedzieć specjalistą od Kaukazu, jego „Wieże z kamienia” o wojnie w Czeczenii czy rewelacyjne „Dobre miejsce do umierania” o zagmatwanej rzeczywistości życia i wojen zwłaszcza w latach 90tych XX wieku na terenie Kaukazu Południowego to lektura obowiązkowa dla każdego kto interesuje się tym obszarem.

 „Wszystkie Wojny Lary” to książka, którą czyta się jednym tchem. Książka ukazuje tytułową Larę, która na przestrzeni lat stara się różnymi sposobami i w różnych okolicznościach uchronić przed wojną swoich synów. Najpierw przed wojną w Czeczenii, potem przed biedą i wpływami wahabitów w Wąwozie Pankisi w Gruzji. Wysyłając ich do Europy nie mogła przypuszczać, że obróci się to w zupełnie innym, tragicznym kierunku niż tego oczekiwała. Książka to jej opowieść w rozmowie z polskim dziennikarzem, prowadzona w doskonale znanych mi miejscach i dotycząca miejsc które widziałem. Pierwszy raz spotykają się w barze Mcdonalds w centrum Tbilisi, przy al. Rustawelego. To miejsce, w którym bywałem setki razy (bardziej ulica niż wspomniany bar) Wąwóz Pankisi, w którym także rozgrywa się opowieść to dolina położona nad rzeką Alazani, niedaleko miasta Akhmeta, którą zamieszkują gruzińscy Czeczeni. Także miałem okazję tam być i myślę, że warto temu miejscu poświęcić osobny tekst, co zamierzam uczynić w najbliższym czasie. 
Schematyczna mapa rejonu z główną wioską Duisi 

Przez te góry wędrowali uchodźcy z Czeczenii a wraz z nimi bojownicy

Sielski widok - Kaukaz i rzeka Alazani

Nowy, "wahabicki" meczet w Duisi 
Czytając tą książkę oraz kilka innych publikacji w temacie, wertując także książki o wojnach na Bałkanach nasunęło mi się pewne spostrzeżenie. A mianowicie to, jak wojna, nawet nie prowadzona na danym terenie potrafi zniszczyć panujące na nim stosunki międzyludzkie. Na Bałkanach przed wojną żyli obok siebie muzułmanie, prawosławni i katolicy, często żeniąc się między sobą, przyjaźniąc, odwiedzając się wzajemnie z okazji przypadających w danej wierze świąt. Wojna przerwała te relacje a być może na zawsze je zniszczyła. W Wąwozie Pankisi nie było wojny. Ale napłynęły do niej tysiące uciekinierów z ogarniętej wojną Czeczenii. Wcześniej tam także żyli obok siebie wyznawcy islamu i prawosławia i też odwiedzali się z okazji przypadających świąt. Do tego muzułmanie tam mieszkający wyznawali głównie sufizm – pewien odłam islamu. To zmieniło się po przybyciu uchodźców a wraz z nimi „misjonarzy” z Arabii Saudyjskiej. Obecnie wśród młodych przeważa ortodoksyjna wersja islamu, społeczność się podzieliła, starzy chodzą do starego, sufickiego meczetu a młodzi do „wahabickiego” – wybudowanego błyskawicznie za pieniądze z nad Zatoki Perskiej. Ale to tytułem dygresji.
Tak więc, wraz z bohaterami opowieści, podczas kolejnych zakrętów historii podróżujemy przez wspomniany Wąwóz Pankisi, Grozny, Tbilisi aż do ogarniętej wojną domową Syrii. Zestawienie miejsc być może trochę zaskakujące ale niestety wielu młodych Czeczenów wyjechało na tę wojnę. Szerzej o całym zagadnieniu mówi sam autor w znakomitym wywiadzie: 

sobota, 14 listopada 2015

Zamachy w Paryżu

Coś tam wcześniej widziałem w Internecie, jadąc autobusem z Lublina do Krakowa, jakieś informacje o zamachach w Paryżu ale początkowo nie zwróciłem na to większej uwagi. Dopiero teraz, ok. 2 w nocy włączyłem serwis informacyjny i zdębiałem. Na tą chwilę francuskie służby bezpieczeństwa mówią o 140 zabitych!

Jak to się mogło stać w kraju dużo lepiej przygotowanym do walki z terroryzmem niż chociażby Polska? I zmagającym się z tym zjawiskiem od lat? 
Ano mogło. Terroryści są coraz lepiej przygotowani, coraz lepiej wyszkoleni, coraz lepiej wiedzą jak omijać pułapki zastawiane przez służby bezpieczeństwa, jak prowadzić łączność aby różnego rodzaju ośrodki nasłuchowe jej nie przechwyciły. Uczą się. Ale, oprócz tego, w ten czy inny sposób są wśród nas.
Teraz zapewne podniesie się krzyk, że to na pewno imigranci, że to przez to, że ich wpuszczamy itd. Oczywiście, jest to także potencjalne zagrożenie. Ale, jak sądzę, ci którzy dokonali zamachów w Paryżu, zapewne mieli europejskie paszporty, nie wiem tego teraz, zgaduję, ale jakiż to problem? Wczorajszej nocy skończyłem znakomitą książkę jednego z najwybitniejszych polskich reportażystów,  Wojciecha Jagielskiego „Wszystkie wojny Lary”. O niej napiszę osobny tekst. Ale synowie tejże Lary mieli europejskie paszporty, mogli prowadzić spokojne życie w Niemczech ale wybrali dżihad w Syrii, obaj zginęli. A ilu takich wróciło do Europy z wypranymi mózgami?
Piszę to wszystko na gorąco, pod wrażeniem tego co się stało, więc proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie jestem za usuwaniem muzułmanów z Europy, czy innymi drastycznymi posunięciami. Nie każdy muzułmanin to terrorysta. Punktuję tu tylko pewne zagrożenia, które się pojawiają. A służby są od tego aby im przeciwdziałać. Niemieckie BND podawało jakiś czas temu informację o ok. 200 obywatelach Niemiec, którzy przeszli przez wojnę w Syrii i wrócili do kraju. Co teraz robią? W Syrii zginą także co najmniej jeden Polak, tyle że mieszkający w Niemczech. Polak, nie polski arab tylko Polak z krwi i kości, który w Niemczech przeszedł na Islam a jak wiadomo neofici są często najbardziej żarliwi. Gdzieś w mediach pojawiła się też informacja o innym obywatelu Polski zatrzymanym przez służby libańskie. Jak sądzę było to klasyczne „wystawienie” przez nasze służby niewygodnego dla nas obywatela, którego lepiej zatrzymać i „opracować” w kraju, w którym standardy praw obywatelskich oraz praw więźniów nie są aż tak ważną sprawą.
Piszę to wszystko aby uświadomić tym co bardziej wyrywnym i z tą mniej wykorzystywaną powierzchnią zwojów mózgowych, że terrorystami wcale nie muszą być mieszkający u nas czy w Paryżu Algierczycy, Syryjczycy czy Irakijczycy. To równie dobrze mogą być biali, którzy zbyt dosłownie zinterpretowali Koran.
W Polsce zagrożenie, w mojej ocenie jest niewielkie, przynajmniej jak na razie. Zupełnie sztucznie rozdmuchany przez media i niektórych polityków problem uchodźców nas nie dotyczy z prostego powodu: większość z tych, którzy ewentualnie trafią do Polski, przy pierwszej okazji spierdoli do Niemiec, więc ten problem dotyczy nas w niewielkim stopniu. Nie wszyscy muzułmanie to terroryści, nie dajmy się zwariować.
Wczoraj jadłem w Lublinie zajebistego kebaba w syryjskiej knajpie, tak na marginesie. Jest 2:37 w nocy, kilka godzin po masakrze w Paryżu. 


środa, 11 listopada 2015

Spacerem po cytadeli

Ogromny park jaki znajduje się właściwie w centrum Poznania, na końcu Alei Niepodległości robi spore wrażenie. Wrażenie tym większe, że na jego obrzeżach znajdują się liczne cmentarze. Biorąc pod uwagę, że jesteśmy na terenie dawnych fortyfikacji – największego fortu artyleryjskiego w Europie to musze przyznać, że jest co oglądać. A odbywając taki spacer po zmroku to lekkie ciary chodzą po plecach. 


Znajdziemy tu groby żołnierzy radzieckich, polskich a zwłaszcza powstańców wielkopolskich, cmentarz wspólnoty brytyjskiej oraz inne. 




Fort został częściowo zniszczony podczas zdobywanie go przez armię czerwoną w lutym 1945 roku, pozostałe fortyfikacje sukcesywnie rozbierano, ich miejsce zajął park. I mamy dziś ok. 100 ha parku właściwie w centrum miasta. W nim muzeum wojskowości oraz tereny rekreacyjne, idealne do odpoczynku.











Nie dane mi było zobaczyć tego miejsca w słońcu ale w musi być to bardzo fajne miejsce.  

środa, 4 listopada 2015

Smutna rocznica

Irinę poznałem zwyczajnie, jak poznawało ją setki innych turystów, po prostu w hostelu. Lecieliśmy po raz pierwszy do Gruzji i postanowiłem zarezerwować na początek jakiś nocleg w Tbilisi. Znalazłem więc namiar w przewodniku i wysłałem maila łamanym rosyjskim. W odpowiedzi dostałem potwierdzenie rezerwacji i propozycję wysłania po nas kierowcy na lotnisko, na co ochoczo się zgodziłem bo Gruzja była dla mnie wtedy zupełnie nie znanym terenem. Przylecieliśmy samolotem z Kijowa późnym popołudniem. Na lotnisku czekał kierowca z tabliczką „Irina Hostel”. Załadowaliśmy się do samochodu i przyjechali przez rozpalone słońcem miasto na Ninoshvili 19B. Weszliśmy do hostelu razem z kierowcą, Irina siedziała w swoim fotelu, zobaczyła nas wchodzących z kierowcą, przywitała pytaniem –Polsha? Potwierdziłem, wskazała nam pokój. Ot takie zwykłe, kolejni klienci przyjechali.

Czas płyną, my zwiedzaliśmy miasto i chłonęliśmy całkowicie nowe dla nas rzeczy. Gruzja marzyła mi się od dawna ale wtedy nie wiedziałem jeszcze jak bardzo zwiążę się z tym krajem. I jak silnie zaprzyjaźnię się z Iriną. Wynajętym busem zwiedziliśmy Mcchetę i na drugi dzień rano ten sam kierowca miał po nas przyjechać do hostelu aby ruszyć Gruzińską Drogą Wojenną do Kazbegów. Jednak wieczorem korzystając z Internetu z hostelowego komputera dowiadujemy się o starciach w Osetii Południowej. Dodatkowo wracając z Mcchety widzimy na pasie w kierunku Gori pickupy wyładowane wojskiem w pełnym rynsztunku. Rano nasz kierowca a także Irina uspokajają nas, że nic się nie będzie działo, że to tylko takie tam starcia i na pewno zaraz się uspokoi. Jedziemy do Kazbegów a po drodze widzimy obstawione już wszystkie strategiczne obiekty przez gruzińską policję. Sytuacja zdaje się zaostrzać, dostajemy pierwsze alarmujące sms-y z kraju. Na drugi dzień wracamy do Tbilisi, do Iriny. Hostel pęka w szwach. Z uwagi na możliwą ewakuację turystów wszyscy zjeżdżają do stolicy aby skontaktować się ze swoimi ambasadami. Irina robi co może, nikomu nie odmawia gościny, choć jej kwatera pomyślana na pięćdziesiąt miejsc noclegowych, gości teraz ponad osiemdziesiąt osób! Szczytem kreatywności turystów jest…. namiot rozbity na dachu, na który można wejść z jednego z balkonów. Śpię w holu od rana budzą mnie kroki osób udających się do punktów ewakuacyjnych. Także nasza ambasada organizuje dużą ewakuację Polaków i innych obywateli UE a także Ukrainy. My na razie zostajemy. Gdy wieczorem wracamy do hotelu jest już opustoszały. Zostaliśmy tylko my i jakichś dwóch gości z zachodniej europy. Wszyscy jesteśmy ubrani w koszulki z gruzińska flagą. Irinie bardzo się to podoba, robi sobie z nami zdjęcia  dodatkowo trzymając jeszcze polską i gruzińską flagę. Siedzimy z Iriną i jej córką do późna w nocy, moim łamanym jeszcze wtedy rosyjskim i troszkę po angielsku. Irina jest z nas bardzo dumna, że zostaliśmy. Mija kolejny dzień, sytuacja zaostrza się jeszcze bardziej. Mamy lawinę telefonów i sms-ów z Polski abyśmy wracali. Wreszcie uginamy się pod tym ciężarem i rejestrujemy się w ambasadzie na kolejną, ostatnia już ewakuację. Wieczorem siadam z Iriną na balkonie, jest jakby odrętwiała, bardzo się martwi tym co będzie dalej. Zostawiam jej pieniądze za nocleg.
Mija nieco ponad miesiąc i znów jestem w Gruzji. Nie było takiej opcji żebym tam nie pojechał znowu! Irina wita mnie jak kogoś bardzo bliskiego, jak rodzinę. Hostel opustoszały ale jacyś turyści jednak nieśmiało się pojawiają. Gdy po kilku dniach wyjeżdżam, Irina kategorycznie odmawia przyjęcia ode mnie pieniędzy. – Ja od was wtedy w czasie wojny wzięłam pieniądze a potem nie brałam już od żadnych turystów, którzy w czasie wojny tu jeszcze przyjeżdżali więc teraz od ciebie też nie wezmę. Nie było dyskusji.
Od pamiętnego 2008 roku, co rok wraz z przyjaciółmi wracaliśmy do Gruzji. Zwiedzaliśmy intensywnie cały kraj a także państwa sąsiednie ale do Iriny zawsze wracaliśmy. I zawsze byliśmy traktowani jak ktoś bliski, jak rodzina. Później zacząłem robić w Gruzji różne rzeczy więc bywałem tam jeszcze częściej. Hostel się rozwijał, Irina zainwestowała w poważny remont, przyjeżdżali ludzie z całego świata, choć chyba najwięcej Polaków. Zmieniała się także nieco dekoracja w holu, przybywało zdjęć tych najbliższych jej gości, nasze zdjęcie także tam stoi. Po katastrofie smoleńskiej pojawiła się na ścianie polska flaga, po rewolucji na Ukrainie dołączyła do niej także ukraińska.
Ilekroć tam byłem, Irina dzieliła się ze mną różnymi anegdotami wynikłymi z prowadzenia hostelu. Była tego cała masa. Irina mówiła „całym ciałem” więc bez problemu uzupełniało to moje braki w rosyjskim. Wszystko można było zrozumieć. Zawsze serdeczna, zawsze podkreślała, że biznes to jedno ale najważniejsze to pomagać turystom. Zawsze tłumaczyła różnym ludziom jak gdzieś dojechać, polecała zaprzyjaźnione noclegi w innych miastach a jak już nie było miejsca w hostelu a przyszli jacyś nie zapowiedziani turyści to posyłała ich do mieszkania jednej ze swoich córek. Jej hostel był jednym z pierwszych w Tbilisi, opowiadała jak ludzie pukali się w czoło gdy go otwierała, jak mówili, że tu nikt nie przyjedzie. Ona jednak wyczuła moment i w odpowiednim momencie przemian w swoim kraju udostępniła swój dom turystom. Swoje dwupoziomowe mieszkanie, w którym poprzednio prowadziła wraz mężem pracownie renowacji starych mebli, gdzie przychodzili studenci się uczyć tej sztuki, zmienił się w hostel z fantastyczną międzynarodową atmosferą.
Mam ją przed oczami jak siedzi w holu hostelu na swoim fotelu, w którym nie wolno było siadać nikomu poza nią, zwykle z papierosem, dyrygowała całym hostelem. Caryca Irina, królowa turystyki w Gruzji. 


Rok temu nie zdążyłem się z nią pożegnać. Gdy wyjeżdżałem z Gruzji w połowie października była w szpitalu. Wiedziałem, że jest źle ale nie dopuszczałem myśli, że może jej zabraknąć. Miałem nadzieję na cud. 5 listopada dostałem telefon z wiadomością. Od razu poleciałem do Tbilisi aby pożegnać ją na zawsze. I nie było to już to samo Tbilisi. 

PS
Hostel nadal funkcjonuje i zaprasza w swoje progi! Irina Hostel, Tbilisi ul. Ninoshvili 19B III piętro 

sobota, 31 października 2015

Czołgi w Medzilaborcach

Zaraz za naszą granicą, dosłownie kilkanaście kilometrów od przejścia w Radoszycach, położone jest słowackie miasto Medzilaborce. Pod tą trudną nazwą kryje się miasteczko z ponad sześcioma tysiącami mieszkańców, Łemków, Słowaków i Cyganów. Bezrobocie przekracza 20%. Siedemnaście kilometrów od miasteczka urodził się Andy Warhol i dzięki temu teraz możemy kroczyć główną ulicą miasta, jego imienia.







Odnowiona, znajdziemy przy niej lub niedaleko od niej wszystko co najważniejsze – market i inne mniejsze sklepy, dwie cerkwie (jedna bardzo ładna), hotel, niedaleko urząd miejski. Ot taka senna słowacka prowincja otoczona pięknymi górami Beskidu Niskiego. Przez miasto przechodzi, niestety nie używana dziś międzynarodowa linia kolejowa z Polski.  Dlaczego więc o tym piszę? Otóż przy głównym rondzie w samym centrum, naprzeciwko władz miejskich stoi pomnik można by rzec braterstwa broni armii czechosłowackiej i radzieckiej, pod nim nie tak dawno złożone kwiaty. Hmm…. No faktycznie, nie dość, że ich „wyzwolili” (Słowacja księdza Tiso), to jeszcze ich najechali w 1968 roku, zresztą do spółki z nami. No dobra, wiem nie wszyscy Słowacy popierali ks. Tiso itd. Ale mimo wszystko razi mnie ten pomnik. Obrazu dopełniają czołgi stojące na postumentach – jeden przy wyjeździe z miasta drugi prawie przy naszej granicy. Oba oczywiście z czerwoną gwiazdą. 





Od razu zaznaczam – nie jestem obłąkanym dekomunizatorem, daleki jestem od wysadzania „niesłusznych” pomników i rozkopywania grobów „okupantów” ale czas takich monumentów zwyczajnie się już skończył i ich miejsce jest na cmentarzach wojskowych lub w muzeach.

Czy ktoś mi rzeczowo wytłumaczy dlaczego Słowacy mają do tego tak obojętny stosunek?  

niedziela, 25 października 2015

Bartne

Do Bartnego dojechałem przesiadając się po drodze z Gorlic z jednego autobusu na drugi, wcale nie wysiadając z tego pierwszego ;-) Niemożliwe? A jednak! Ciężko się było w Gorlicach dowiedzieć skąd odjeżdża autobus do Bartnego – na dworcu autobusowym nikt nie wiedział. Pomógł mi dopiero telefonicznie pan ze schroniska w Bartnem. Otóż autobus odjeżdża z przystanku na ulicy Legionów i wykonuje trzy kursy dziennie. 

Na przystanku dobrze być sporo wcześniej bo podana na rozkładzie godzina nie jest wiążąca i autobus może odjechać wcześniej. Już wam się podoba? To jedziemy dalej. Pojazd dojedzie do urzędu gminy w Sękowej i tam właśnie musiałem kupić drugi bilet w tym samym autobusie – kursy są łączone. Dodatkowo spełniają jeszcze rolę autobusu szkolnego. Nie ważne, grunt, że w ogóle coś tam jeździ. Dojechałem. Wioska zaczyna się w dolince i ciągnie przez kilka kilometrów w górę prawie pod schronisko. Większość mieszkańców to Łemkowie i miedzy sobą rozmawiają po łemkowsku (sam słyszałem). W „centrum” jest sklep (czynny do 16tej), remiza, obiekt leśnictwa (chyba) oraz dom Fedora Kuziaka – łemkowskiego działacza, poety i malarza. Jest też jedna z dwóch cerkwi ale ta mniej ciekawa z 1930 roku. Natomiast druga jest wspaniała! Wybudowana w 1842 roku pod wezwaniem śś. Kosmy i Damiana to prawdziwa perełka! 



Dzwonnica jest starsza niż reszta i pochodzi z wcześniejszego obiektu. Wewnątrz zobaczyć możemy XVIII wieczny ikonostas i niektóre ikony pochodzące jeszcze z XVI stulecia. Do tego pamiątka po utraconym na zawsze – odrzwia z cerkwi w Nieznajowej, która zawaliła się w 1965 roku a ostatecznie została rozebrana sześć lat później.
Całości widoku wioski dopełniają dwa cmentarze – wioskowy – połączony stary z nowym oraz nieco wyżej – wojskowy z I wojny światowej. 








Przy drodze po niżej cmentarza zobaczymy niewielki kamienny monument z krzyżem – to upamiętnienie „Żertwom Telergofa” – obozu koncentracyjnego jaki Austriacy urządzili dla kilku tysięcy Łemków podejrzanym o sprzyjanie Rosjanom w 1914 roku. Nie wszyscy z niego wrócili. 


W XVII wieku mieszkańcy Bartnego zaczęli trudnić się kamieniarstwem, co w tamtych czasach pozwalało jako tako się utrzymać, lepiej niż z hodowli i z roli. Niestety fach ten zaginął m.in. na skutek wysiedleń po II wojnie światowej. Łemkowie zaczęli wracać do wsi po 1956 roku. Upamiętnieniem dawnego zajęcia mieszkańców Bartnego jest ogromny drewniany kamieniarski pobijak, którego swoisty pomnik stoi obok starszej z cerkwi. 




Cóż, zapraszam was do Bartnego i w te okolice – to fantastyczny koniec świata bez zasięgu w telefonie (oprócz jednego – dwóch miejsc na górze wsi). Przespać można się w kilku prywatnych kwaterach a na niewymagających czeka bacówka PTTK. 

A gdzie poszedłem na drugi dzień z Bartnego? Poczytajcie: 
http://zewszystkichstron.blogspot.com/2015/10/sladami-stasiuka-beskid-niski.html