Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #Bałkany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #Bałkany. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 listopada 2016

Tuzla – ciekawe miasto

Dwa lata nie było mnie w Bośni i Hercegowinie. A ochotę na odwiedzenie ponowne tego kraju miałem już od dawna. Wprawdzie to tylko chwila ale zawsze coś. Muszę tu kiedyś ponownie przyjechać samochodem, nie przejazdem do Czarnogóry ale obrać Bośnię jako cel główny. Przynajmniej na tydzień. Tymczasem jest listopad. Samolot ląduje w deszczu na lotnisku w Tuzli.

Pogoda nie zachęca. W tej części Bośni jeszcze nie byłem, najwyżej gdzieś tam przejazdem. Nadszedł czas aby zwiedzić Tuzlę! Lotnisko w Tuzli jest małe, ktoś napisał na jakimś forum internetowym, że jest niewiele większe od osiedlowej „Żabki”. Ja bym powiedział, że rozmiarów szkolnej sali gimnastycznej. Policjantka na kontroli paszportowej pyta mnie jak jest po polsku Dobar Dan czyli Dzień Dobry. Szybko łapie podobieństwo naszych zwrotów powitalnych. Wychodzę z terminala, że tak szumnie powiem i… na moich oczach właśnie odjeżdża ostatnia taksówka! Kręcę się trochę bezradnie. Do miasta jest ponad 15 km, pada deszcz. Nie najlepszy początek. Coś czytałem o jakimś autobusie dojeżdżającym w okolice lotniska ale ni widu ni słychu. Na szczęście po około 10 – 15 minutach zjawia się kolejna taksówka. Jadę do pensjonatu na starym mieście, zarezerwowanym oczywiście wcześniej. Kierowca mówi, że sporo Polaków odwiedza Bośnię. To dobrze, chyba ludzie przestali się wreszcie bać wojny, która przecież skończyła się ponad 20 lat temu. Pensjonat okazuje się bardzo porządnym miejscem, z miłym i pomocnym właścicielem, z którym rozmawiam trochę po angielsku, trochę po serbsku i trochę po polsku. Biegnę coś wreszcie zjeść – ostatni posiłek zjadłem w domu gdzieś po 2 w nocy a jest 17ta. Mój wybór szybko pada na bar z tradycyjnym bałkańskim jedzeniem. Zamawiam duże cevapi i coś do picia. 

Jest naprawdę pokaźnych rozmiarów! Potem jeszcze wieczorny spacer po mieście aby zorientować się w topografii, szybkie piwko w jakiejś knajpie, zakupy kolejnych dwóch do hotelu i wracam na pokoje. 


Prysznic, jedno piwo i padam na łóżko. Spać! Rano smaczne i syte śniadanie i na miasto. Czeka mnie kilka godzin chodzenia po centrum, które choć niezbyt duże to ma sporo do zaoferowania. A poza tym oddaję się mojej ulubionej czynności czyli bezcelowemu snuciu się po uliczkach. Meczet Turala-bega, pięknie odnowiony a kawałek za nim przy parku Cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Bogarodzicy, prawosławna. 



Po przeciwnej stronie starego miasta kościół katolicki. Tuzlę zamieszkuje w ponad 90% ludność muzułmańska, z minaretów co kilka godzin rozlega się wezwanie na modlitwę, co jest bardzo klimatyczne i robi niesamowite wrażenie, nie jesteśmy chyba po prostu do tego przyzwyczajeni. Stojąc na Placu Solnym – centralnym miejscu miasta odzywa się jeden muezin, po chwili z innego kierunku słyszymy innego i potem jeszcze następnego. 



Fajnie wyglądają stare meczety, które nie ucierpiały podczas wojny, nie są tak błyszczące i odnowione na wysoki połysk, tylko takie zwykłe, klimatyczne. 






Jeden z nich stoi w rejonie jeziorek będących w lecie atrakcją i ściągającym tu wielu turystów. 



Zaś nad jeziorkami w parku groby z ostatniej wojny. Od tego tematu w Bośni nie uciekniemy. 








Dużo godzin poświęciłem na włóczenie się po uliczkach, zajrzałem chyba w każdą, zwiedziłem też kilka knajp, próbując pysznego jedzenia w tym dwóch wspaniałych zup, których nazw już Wam oczywiście nie wymienię. 













Wraz z przelotami wypad zajął mi cztery dni i utwierdził mnie w przekonaniu, że do Bośni warto wracać. Na dłużej. 

sobota, 20 grudnia 2014

Wokół Jeziora Szkoderskiego

Trzy miesiące temu, gdy byłem na Bałkanach zrobiliśmy sobie małą wycieczkę wokół Jeziora Szkoder. Wyruszyliśmy samochodem z okolic Baru i przez przejście graniczne w okolicach Shtuf przekroczyliśmy granicę z Albanią. Oczekiwanie na granicy trwało co najmniej 45 minut mimo pracujących obu pasów i wspólnych odpraw dokonywanych przez policję czarnogórską i albańską. Po prostu było dużo chętnych. Znakomitymi albańskimi drogami dojechaliśmy do Szkodra – pierwszego dużego miasta po stronie albańskiej. Ponieważ było ono dość długo pod panowaniem weneckim to do dziś mieszka tam dużo katolików – jest to główny katolicki ośrodek w Albanii. Od razu pojechaliśmy do twierdzy Rozafa. Pochodząca jeszcze z czasów iliryjskich, wykorzystywana potem przez Wenecjan i Turków, skutecznie ryglowała kiedyś dostęp do miasta. Funkcję militarną ostatni raz spełniała w 1913 roku. Podczas licznych wojen dość znacznie ucierpiała ale widok jaki można podziwiać z ruin jest wspaniały! 
Widok na Szkoder z twierdzy

Tzw. Ołowiany Meczet







Widok na Jezioro Szkoderskie z twierdzy






Samo miasto Szkoder ma ładne, choć zatłoczone centrum z reprezentacyjnym deptakiem, na którym znajdują się liczne knajpy. Kościoły mieszają się z meczetami. Zjedliśmy dobry obiad w jednej z restauracji i zapuściliśmy się w boczne uliczki. Zrobiliśmy zakupy w markecie, zarówno tam jak i w knajpie płacąc w euro, choć zawsze lepiej zapytać wcześniej bo nie wszędzie chcą przyjmować. Miejscowych pieniędzy – leków nie mieliśmy ale w mieście, gdyby była taka potrzeba jest dużo bankomatów. Tu też poznaliśmy wiodący albański koniak Skënderbeu – od nazwiska ich znamienitego bohatera. Nie produkował koniaku – był wojownikiem i wodzem. 




Ruszyliśmy w drogę powrotną do Czarnogóry tym razem objeżdżając jezioro od strony północnej. Wszędzie drogi były zaskakująco dobre. W którymś momencie nawet zobaczyliśmy jeden z legendarnych bunkrów z czasów dyktatora Enwera Hodży. Na stoiskach z pamiątkami można kupić popielniczki w ich kształcie. Dość niespodziewanie dojechaliśmy do przejścia granicznego i tym razem bez zbędnego czekania przejechaliśmy na stronę Montenegro. Po drodze z widokami bywa rożnie ale dojechaliśmy do jednego miejsca, które nas urzekło. Gdy teraz oglądam zdjęcia z tego miejsca to nadal mam wrażenie jakby to były fotografie z Wietnamu a nie z Czarnogóry(oczywiście jakby nie te góry wokół). Zobaczcie sami. 








 A Albania, cóż… kusi do kolejnych wizyt…