Próbując jakoś całościowo
ująć ostatnie ważne wydarzenia na świecie pokuszę się o
podsumowanie z małą analizą.

Amerykańska
„wojskowa operacja specjalna” w Wenezueli trwała 2,5 godziny i
była militarnym sukcesem. Pokazała amerykańską sprawczość i
profesjonalizm wszystkich służby w tym wywiadowczych gdyż
niewątpliwie ktoś z establishmentu wenezuelskiego wspierał USA
wywiadowczo. I być może była to obecna p.o. prezydenta wraz z
bratem, głową parlamentu. Miarą sukcesu USA będzie jednak to jak
sprawy potoczą się teraz, po porwaniu Maduro, czy reszta planu się
powiedzie, na ile obecne władze będą współpracować i czy nie
zapanuje chaos na miarę irackiego (na razie wygląda, że reżim
panuje nad sytuacją). Dla zwykłych obywateli Wenezueli nie oznacza
to wcale poluźnienia zamordyzmu ani rozkwitu demokracji. Złoża
mają być przejęte przez Amerykanów a Wenezuela ma zerwać
kontakty gospodarczo – polityczno – wojskowo – bezpieczniackie
z Chinami i Rosją. Ta ostatnia dostała mocno w twarz całą tą
sytuacją a w drugi policzek USA poprawiły jej zajmując siłą
tankowce. Rosja oczywiście wyraziła protest ale dobrze wie, że w
kontekście rozmów w sprawie Ukrainy nie może się obrazić na
Trumpa i odejść od stołu. Może tylko pomruczeć i uderzyć
oresznikiem w przedmieścia Lwowa, co jest symboliczne ale niewiele
warte. Ale jest też druga strona medalu – amerykańskiej operacji
w Wenezueli; Skoro półkula zachodnia to wyłączna strefa wpływów
USA to poniekąd w domyśle Kremla, Europa środkowa i wschodnia może
być z automatu uznana za rosyjską strefę wpływów, zwłaszcza, że
nowa strategia bezpieczeństwa USA wcale nie definiuje Rosji jako
wroga. Więc jeśli Amerykanie mogą tam, to my możemy tu. A Chiny w
swoim regionie. To niebezpieczna gra, obalanie ładu światowego i
podważanie podmiotowości małych i średnich państw. Takich jak
nasze, o Bałtach nie wspominając. Ukraina w tym rozdaniu kart jest
dla USA Somalią Europy, którą można sprzedać lub porzucić gdy
tylko administracja USA uzna, że tak będzie lepiej. Rokowania USA –
Rosja w sprawie Ukrainy już kilka razy mogły się dla tej ostatniej
(i dla nas w konsekwencji) źle skończyć gdyby nie zamieszanie
robione przez europejskich przywódców. To ważna rola UE i Wielkiej
Brytanii. W różnych rozmowach, rokowaniach i działaniach
administracji amerykańskiej interes narodowy USA staje się
miejscami dziwnie zbieżny z interesami Trumpa, jego otoczenia i
znajomych królika. Jakoś dziwnie podobnie jak w „rodzinie”
stłoczonej wokół Putina. Do tego dochodzą absurdalne groźby
Trumpa o zajęciu Grenlandii co będzie tak czy inaczej rozpadem
NATO. Sojusznik, który uważa, że osłabiając innych swoich
sojuszników wzmacnia siebie to jakieś kuriozum! Być może trzeba
rozglądać się za innymi formatami bezpieczeństwa zbiorowego niż
NATO? Bo cała flanka wschodnia leży tu gdzie leży i nigdzie się
nie wybiera.
W
ciągu ostatniej dekady zdawało się, że świat już kilka razy
odpiął wrotki a tu z każdym rokiem jest „weselej”.