niedziela, 30 października 2016

Ołomuniec

Wyjazd do Czech już od dawna chodził mi po głowie, wprost proporcjonalnie do tego jak bardzo wzrastał mój negatywny stosunek do obecnych wydarzeń w Polsce. Zmiana klimatu była bardzo potrzebna. Początkowo wybierałem się do Ostrawy – bezpośrednie połączenie autobusowe z Krakowem, można objechać w jeden dzień, szczególnie, że aż tyle w tym mieście nie ma do zwiedzania. Ale gdy spojrzałem na mapę to pomyślałem – czemu by nie jechać dalej, na dłużej i przede wszystkim w ciekawsze miejsce. Wybór padł na prastarą stolicę Moraw – Ołomuniec. Zaznaczyć tu muszę, że moja znajomość Republiki Czeskiej jest znikoma. Pomijając liczne wizyty w strefie nadgranicznej – w Czeskim Cieszynie i trochę dalej, oczywiście w Pradze (ale tylko raz) to reszta kraju jest dla mnie zupełnie nieznana. Skrzyknąłem kumpli i ruszyliśmy. Samochodem, bo najwygodniej. Ołomuniec leży zaledwie 120 km od naszej granicy, całość drogi z Krakowa pokonuje się autostradami, pamiętając o kupnie czeskiej winietki i naklejeniu jej na szybę. Bo inaczej będzie pokuta.
Dotarliśmy do hotelu w piątkowy wieczór, zakwaterowanie i w miasto. Zabytkowe centrum znajdowało się bardzo blisko, kilkanaście minut spacerkiem. Wspaniała architektura, jeden rynek, drugi rynek, siadamy w knajpie. Kelner mówi po czesku, my po polsku ale bez większych wpadek dogadujemy się. Gulasz z knedlami i piwo. Jest ciepło, siedzimy w ogródku. W odchodzącą od rynku uliczkę zjeżdża się chyba połowa sił straży pożarnej z miasta. Jakaś poważniejsza akcja. Albo fałszywy alarm. Wieczorne zwiedzanie miasta, klimatyczne uliczki, tylko, że prawie puste… Za to knajpy dość dobrze obsadzone. Taka czeska specyfika, na co zwrócimy uwagę także później – mało spacerujących na ulicach mimo ładnej pogody ale knajpy raczej wypełnione. 




Na drugi dzień ruszamy w okolice: jaskinia w Teplicach Nad Becvą jest całkiem ciekawa i… ciepła, jak na jaskinię. Miasteczko pełne jest kuracjuszy, nawet na kawę ciężko gdzieś usiąść bo wszystko zajęte. Ale udaje się. Zamek Helfstyn to duża i ciekawa budowla, posiada kilka bram i kilka dziedzińców a z wieży roztacza się fajny widok na okolicę.








Miasteczko Przerów, które także odwiedzamy, ma bardzo ładne stare miasto opasane fragmentami murów obronnych. Klimatyczne i prawie PUSTE uliczki. W centrum nie za wiele knajp a tu czas już coś zjeść, wracamy więc do Ołomuńca. Poza tym wszyscy, łącznie z kierowcą (w mojej osobie) mają już ochotę na piwko. 






Kolejna knajpa w centrum historycznej stolicy Moraw, znów smaczne jedzenie, po cenach porównywalnych z naszymi. W powietrzu knajpianym od czasu do czasu pojawia się woń palonej marihuany. Czechy są chyba ostatnim krajem w UE gdzie wolno palić w knajpach. Dalsze zwiedzanie miasta, trzeba wreszcie zobaczyć katedrę św. Wacława, choć z zewnątrz. Po drodze do niej mijamy bardzo klimatyczną spelunkę, o której za chwilę. Po zobaczeniu katedry i po wysłuchaniu czeskiej poezji ze specjalnego automatu ustawionego niedaleko niej, wracamy w kierunku rynku jednak ciśnienie po wypitych wcześniej piwkach zmusza nas do wejścia do wspomnianej spelunki, co w innych okolicznościach mogło nigdy nie nastąpić. Wrażenia są piorunujące 
W niedzielę, po przedpołudniowym spacerku po mieście (wreszcie za dnia), dość wcześnie zbieramy się do powrotu. 







Republika Czeska, nie jest wcale powszechnie znana Polakom, mimo że to tak blisko. A to błąd. Czechy mają dużo do zaoferowania. Duża ilość ciekawych zabytków, góry i mam wrażenie, inna niż u nas atmosfera, większy luz, mniej spiny. Może to tylko wrażenia weekendowego turysty ale właśnie takie te wrażenia mam. Sprawdźcie sami. Dobrze czasami pooddychać czeskim powietrzem. U nas ostatnio strasznie ciężkie.
Z całą pewnością nie jest to mój ostatni wyjazd do Czech, które warto poznawać, i które są tak blisko. A do Ołomuńca też z przyjemnością wrócę, choćby po to aby posnuć się bez celu uliczkami starego miasta.

PS
Że nie wspomnę już o dużej liczbie naszych firm, które uciekły do tego kraju a w kolejce ustawiają się następne. 

czwartek, 27 października 2016

Okean Elzy w Tbilisi


22 października 2016 roku w Tbilisi, w pałacu Sportu wystąpił jeden z najbardziej znanych ukraińskich zespołów rockowych Okean Elzy. Rozpoznawalny nie tylko na Ukrainie ale właściwie w całym dawnym ZSRR. Ich trasa koncertowa obejmuje wiele miast nie tylko ukraińskich ale także wiele na Białorusi, w Erewaniu grali w czerwcu, no i teraz w stolicy Gruzji. W grudniu wystąpią w Warszawie a w marcu nawet w Nowym Jorku. 
Nie mogło mnie oczywiście zabraknąć na tym wydarzeniu. Zespół istnieje już 20 lat i ma ogromny dorobek – nic dziwnego, że nie znałem wszystkich piosenek jakie były na koncercie – ich twórczością interesuję się dopiero od dwóch lat. Wspaniały, charyzmatyczny glos lidera grupy Sviatosłava Vakarczuka to ogromny atut grupy i jej rozpoznawalność. Podczas Rewolucji Godności na Majdanie dali duży koncert. Lider grupy i część zespołu pochodzi ze Lwowa, choć np. klawiszowiec jest Serbem. 
Pałac Sportu w Tbilisi co prawda nie był szczelnie wypełniony ale ludzi było sporo. Ze 40% publiki to byli Ukraińcy. Powiewało dużo ukraińskich flag. Nie obyło się oczywiście bez odniesień do obecnej sytuacji w kraju pochodzenia zespołu, jedna z piosenek została poprzedzona obszernym wstępem po angielsku dokonanym przez lidera grupy a dedykowanym wszystkim, którzy teraz walczą o swój kraj (do zobaczenia na stronie bloga na facebooku – tu się niestety nie zmieścił https://www.facebook.com/zewszystkichstron/ ). 








Inną piosenkę zespół zadedykował Andrijowi Kuźmie, liderowi grupy Skrabin, który zginą w 2015 roku w wypadku samochodowym. 
video

Ostatnia piosenka zawierała muzyczne odniesienie do jednego z najsłynniejszych filmów komediowych, znanym w całym dawnym Kraju Rad a dziejącym się w Gruzji - „Mimino”.
A potem były bisy. Cztery. Na pierwszy Okean Elzy wyszedł z dwoma muzykami gruzińskimi i zaśpiewał piosenkę po gruzińsku, co dla Vakarczuka chyba łatwe nie było a co publiczność nagrodziła gromkimi brawami. 

Fantastyczny głos i niesamowita energia jaką ma lider zespołu a także ich ogromny dorobek to niewątpliwie powody dla ktorych warto wybrać się na ich koncert. Jeśli tylko będziecie mieć okazję aby gdzieś ich zobaczyć to polecam! 
PS 
Dzięki temu koncertowi odkryłem na nowo jeden z kawałków Okean Elzy, który chcę Wam serdecznie polecić: 
https://www.youtube.com/watch?v=cqIl7FDeIms 

środa, 5 października 2016

Drzwi od stodoły

No i mamy „co chcieliśmy”. Nasze władze wycofały się z przetargu na śmigłowce. W najbliższych latach kończą się resursy na używane obecnie chociażby Mi-14, tak więc nasze lotnictwo morskie faktycznie poleci na akcję na drzwiach od stodoły! Przeczytajcie koniecznie ten artykuł: 


MON najprawdopodobniej uwaliło negocjacje (teoretycznie Ministerstwo Rozwoju) bo po prostu nie ma pieniędzy na realizację tego kontraktu. Ale za to lekką rączką deklaruje bajońskie sumy na tworzenie Wojsk Obrony Terytorialnej! Zajmowałem się tematyką wojsk OT w czasach gdy nie było to jeszcze modne, jakieś 15 lat temu i cośkolwiek o tym wiem. Istnienie WOT uważam za jak najbardziej ważne i celowe ale robienie z nich praktycznie drugiej siły w armii to już przesada! Wojska OT to komponent wspierający siły operacyjne a nie je zastępujący!! Mają spowalniać marsz obcych wojsk na naszym terenie, sabotować ich ruchy za linią frontu, atakować linie zaopatrzenia itd. Ale także strzec magazynów i obiektów strategicznych na terenach jeszcze nie zajętych! Po co więc tyle pieniędzy, tak od razu ładować w OT? A może po to aby przyjąć do niego, poza pociotkami co jest w naszym kraju normalne, także „wyznawców”, którzy w razie czego stłumią każdy bunt społeczny, na wypadek gdyby jednak policja nie zechciała łamać konstytucji, na która przysięgała? Może do tego są potrzebne te bojówki?
Najpierw najważniejsza jest modernizacja sił operacyjnych WP a dopiero potem rozbudowywanie (przynajmniej na taką skalę) komponentu terytorialnego SZ. Ale jak widać są priorytety i priorytety.  
Sam byłem zagorzałym krytykiem min. Klicha ale... ;-) 

W czeskiej mordowni

Zwiedzaliśmy wieczorową porą Ołomuniec – piękne miasto na Morawach, drugie w Czechach pod względem wielkości historycznej zabudowy. Miasto, trzeba przyznać, bardzo klimatyczne. Idziemy właśnie podziwiać katedrę gdy zauważamy ciekawą knajpę. Wygląda jak stara mordownia ale siedzą w niej sami młodzi ludzie. Wracając po chwili z katedry postanowiliśmy tam wstąpić, zwłaszcza, że ciśnienie na pęcherz po poprzednich piwach było już znaczne. 


Wchodzimy, zajmujemy miejsca, jeden idzie do baru po piwo. Po chwili wraca z trunkiem i nieco dziwną miną. Okazuje się, że barmani są tak zbuchani (najarani marihuaną), że nie do końca wiedzą co się dzieje. Jeden wielki z dredami co chwilę chodzi po knajpie z kuflami piwa i pyta czy nie trzeba komuś. Do nas podchodzi kilka razy, nieraz w odstępie trzyminutowym. Rozglądamy się po knajpie – jest niesamowita na swój sposób. Na ścianach fantazyjne rysunki, niektóre zapewne też rysowane pod wpływem jakiegoś wspomagacza. 


Na stole leży ulotka, z której dowiadujemy się, że dziś będzie w lokalu koncert charytatywny i bilet kosztuje 50 koron. Nikt od nas niczego nie zbierał. Zaczyna się wspomniany występ – dość ciężki, mocny czeski rock. Pijemy drugie piwko, nadal przyglądając się naszym południowym sąsiadom, uważając aby nie używać słowa „szukać” (sprawdźcie w słowniku co to znaczy po czesku). Wszyscy zadowoleni, przy piwku, siedzą dyskutują a gdy gra muzyka to słuchają (rozmawiać się wtedy nie da). W knajpie jest potwornie nadymione – w Czechach w większości lokali można jeszcze palić. Ciężko mi wyobrazić sobie czeską gospodę bez kłębów papierosowego dymu. Koncert trwa nadal, my dopijamy piwko i idziemy dalej „zwiedzać”.  
A tak to wyglądało rano ;-)