poniedziałek, 30 listopada 2015

„Czerwony Pająk”

Byłem na tym wczoraj i… rozczarowałem się bardzo. Film jest swobodną autorską wizją sprawy seryjnego zabójcy z Krakowa, mający raczej niewiele wspólnego z rzeczywistością. Do tego jest potwornie niemrawy. Podobno jest dreszczowcem. Podobno. Nie oddaje w żaden sposób jakiegokolwiek napięcia, które podobno wtedy panowało w mieście.
Ogólnie strata czasu. 
fot. Internet 


A na koniec prawdziwa historia Karola Kota – seryjnego zabójcy z Krakowa, grasującego w latach 60-tych XX wieku: 

niedziela, 22 listopada 2015

Dlaczego warto pojechać do Gruzji?

Pisałem już na blogu kilkukrotnie o Gruzji, jednak były to teksty skierowane bardziej do osób, które już cokolwiek liznęły tego kraju. Jak więc zachęcić kogoś kto tam jeszcze nie był? Co prawda echo słów „byłem w Gruzji” niesie się coraz szerzej po naszym kraju bo Polacy przyjeżdżają tam od wielu lat a odkąd trzy lata temu uruchomiono tanie linie bezpośrednio z Polski to liczba naszych rodaków na Południowym Kaukazie znacznie wzrosła to jednak wielu ludzi nigdy by nie pomyślało aby właśnie tam spędzić urlop. Warto zaznaczyć, że jesteśmy narodem bardzo lubianym przez Gruzinów. To jakby pierwszy „plus dodatni” dla którego warto tam pojechać. No ale mnóstwo ludzi boi się jednak jechać na wschód. Dla wielu osób to dzicz, Związek Radziecki, który nie wiadomo czy właściwie się rozpadł, wojna na Ukrainie i właściwie czarna dziura. Ech… Zaczynając od podstawowych pytań – do Gruzji latają bezpośrednio samoloty PLL LOT z Warszawy a także Wizzair z tejże samej naszej stolicy przez cały rok, zmienia się tylko częstotliwość. W sezonie wiosna-lato-jesień dodatkowo także z Katowic. Nie, proszę Państwa, samoloty nie lecą nad wschodnią Ukrainą ani Krymem ;-) te z Warszawy co najwyżej zahaczają o Lwowszczyznę, te z Katowic lecą nad Rumunią. 
Na lotnisku w Kutaisi 

No dobra, a co po przylocie? Gruzja nie jest dzikim krajem, jest taką Polską dwadzieścia lat temu, funkcjonują w niej linie busów i taksówki, które bez problemów zabiorą Was z lotniska. Do tego nie musicie nawet mieć paszportu – obywatele UE mogą wjechać do Gruzji na podstawie dowodu osobistego. Co zobaczyć na miejscu? Ojjj…. Braknie Wam urlopu ;-) Góry, morze, niesamowite płaskowyże, skalne miasta i zabytki z czasów kiedy my byliśmy jeszcze plemionami a w puszczy jaka wtedy pokrywała dzisiejszą Polskę można było spotkać więcej turów niż ludzi. 
Uszguli, Swanetia 

Twierdza Tmogvi i okolice

Wysokogórskie jezioro Tabatskuri

Twierdza Ananuri

Są miejsca w Gruzji, których nawet ja jeszcze nie widziałem, mimo że jeżdżę tam ustawicznie od prawie ośmiu lat! Jak zwiedzić ten niesamowity kraj w sposób zorganizowany (bo to jedna z metod)? Obecnie istnieje już kilka wyspecjalizowanych niewielkich firm turystycznych, które w odpowiedniej atmosferze i odpowiednim tempie – nie za szybkim i nie za wolnym, zorganizują taką wycieczkę tym, którzy nie mają czasu, dostatecznej wiedzy czy umiejętności lub po prostu nie wiedzą jak się za to zabrać. 

Kliknij aby powiększyć 

Od ok. tygodniowych objazdówek po dłuższe eskapady w tym wyprawy na jeepach w najbardziej niedostępne ale i spektakularne miejsca w tym małym ale jakże bogatym w atrakcje kraju. Dlaczego mówię tu o małych firmach? Bo te duże i wielkie także są tam dostępne. Ale tylko te małe są w stanie pokazać Wam Gruzję w takim klimacie, podróżując w małych grupach, po miejscach gdzie nie docierają turyści „hurtowi” wiezieni wielkim autokarem przez hurtownika. To wysoko wyspecjalizowani przewodnicy, pasjonaci, którzy znają miejsca, o których nie ma pojęcia firma „hurtowa”. Miejsca ale także ludzi. Bo ludzie to jedno z bogactw Gruzji. Przyjaźni, otwarci, kochający życie i czerpiący z niego ile tylko się da. Tego nie zobaczycie na wycieczce autokarowej, nie poznacie artysty samouka żyjącego gdzieś w wiosce wysoko w górach, nie porozmawiacie z gospodarzem na kwaterze, nie złapiecie kontaktu z tymi wszystkim zwykłymi ale jakże ciekawymi ludźmi. Takie rzeczy można zobaczyć tylko w ramach kilku, kilkunastoosobowej wycieczki lub wyprawy jeepami. Jeśli myślicie, że Gruzję można zobaczyć wykupując wczasy all inclusive w Batumi i do tego dwie fakultatywne wycieczki to właściwie nic nie zobaczycie i będziecie zapewne nie do końca usatysfakcjonowani Gruzją „w której przecież tyle widzieliście” i czym tu się zachwycać. Tylko, że właściwie nic nie widzieliście.
No dobra, nie będę się już znęcał nad all inclusive ;-) 
Zapytacie czy tam jest bezpiecznie? Tak, jest znacznie bezpieczniej niż w Polsce a przestępczość pospolita jest na znacznie niższym poziomie niż w większości krajów europejskich. W dużej mierze to zasługa nowej policji jaką zbudowano prawie od podstaw po Rewolucji Róż w 2003 roku. Dobrze wyposażona, odpowiednio opłacana jest widoczna prawie na każdym kroku a przez to poczucie bezpieczeństwa jest naprawdę wysokie. 

(fot. M.S.)
No więc co jest takiego w tym kraju, że warto tam pojechać? Hmm… Czy widzieliście jak powstaje gruzińskie wino? I przede wszystkim czy wiecie, że ten wspaniały napój pochodzi właśnie z tego kraju i że tradycja jego produkcji sięga siedmiu tysięcy lat? A czy wjechaliście kiedyś samochodem na Rysy? Raczej nie. A my przejedziemy przez Przełęcz Krzyżową na podobnej wysokości i jeszcze będziemy zadzierać głowy spoglądając na wyższe góry. Że o przejeździe przez wyższe przełęcze nie wspomnę bo też tam jeździmy. Wysokogórskie jeziora, wsie – twierdze i wieże mieszkalno-obronne kaukaskich górali to tylko nie wielka część atrakcji jakie oferuje Gruzja. Wyprawy trekkingowe, konne, wyjazdy na narty.
Wyprawa na jeepach do dzikiej Tuszetii (fot. T.P.) 


Dartlo, Tuszetia. Wieże mieszkalno-obronne 

A po dniu pełnym wrażeń, podczas którego zobaczyliście niezliczone wspaniałe zabytki, widoki zapierające dech w piersiach, poznaliście ciekawych ludzi, wychyliliście po stakanku czaczy z przygodnie poznanymi po drodze pasterzami, zasiadacie do stołu na jednej z naszych kwater, do stołu, który ugina się od wspaniałych regionalnych potraw i po jakimś czasie, mimo że już nie możecie to nadal nakładacie kolejne porcje różnych pyszności aby choć ociupinkę spróbować jeszcze tego i jeszcze tamtego. 
A to jeszcze nie wszystko... (fot. T. Z.)

A wszystko to popite znakomitym gruzińskim winem lub ognistą czaczą. A rano śniadanie znów przypominać będzie wigilię… 
Nie wiem czy przekonałem nieprzekonanych, może zasiałem ziarno ciekawości w tych, którzy nigdy nie myśleli aby się tam wybrać ale powiem Wam, że Gruzja ma w sobie coś takiego, że chce się do niej wracać. I wraca się. Aby zobaczyć więcej, więcej i więcej!
Zapraszam Was do Gruzji.
Chętnie odpowiem na Wasze pytania.  
Zobacz więcej, zobacz lepiej na: https://www.facebook.com/zewszystkichstron/?fref=ts


sobota, 21 listopada 2015

Znajomi z Majdanu

Dwa lata temu, w grudniu już po pierwszej brutalnej akcji berkutu na Majdanie, chodziłem po placu i robiłem zdjęcia. Stała tam metalowo drewniana konstrukcja, która miała być choinką a stała się jednym z symboli rewolucji – to jakoby koniecznością jej ustawienia władze tłumaczyły akcję milicji i brutalne rozgonienie i pobicie studentów. Odtąd nazywano tą konstrukcję „krwawą choinką” Janukowycza. 




 Chodzę, robię zdjęcia, obserwuję jak znakomicie Ukraińcy potrafią się zorganizować. Ktoś mnie zaczepia, czy mógłbym zrobić zdjęcie ich koledze, który właśnie na górze tej choinki wiesza baner. Oczywiście, nie ma problemu. Później jeszcze robię zdjęcie całej ich grupie. Jeden z mężczyzn daje mi wizytówkę i prosi aby na maila wysłać zdjęcia. Daję mu swoją. Po powrocie do Krakowa nie udaje mi się wysłać zdjęć na widniejący na jego wizytówce adres. Trochę mi żal bo zależało im na tych zdjęciach. Jednak po paru tygodniach odnajdują mnie przez facebooka dzięki mojej wizytówce. Przesyłam zdjęcia.
Teraz widuję ich przez ten portal, od czasu do czasu. Często w mundurach, z frontu. Trzymajcie się chłopaki! Mam nadzieję, że ogromne dzieło, które rozpoczęło się dwa lata temu zaprowadzi Was do ostatecznego zwycięstwa.
дo перемоги! 

poniedziałek, 16 listopada 2015

„Wszystkie Wojny Lary”

Brakowało mi nowej, kolejnej książki Wojciecha Jagielskiego dotyczącej „tych” terenów. Bliskich także dla mnie, znanych mi lepiej lub gorzej. Ostatnio pisał o Afryce a od jakiegoś czasu straciłem zainteresowanie tym co tam się dzieje – przecież na wschodzie dzieje się wystarczająco dużo oraz można dużo łatwiej i taniej po prostu tam pojechać śledząc i inspirując się tymi czy innymi publikacjami. I to staram się robić. Warto przypomnieć, że Jagielski jest autorem i można powiedzieć specjalistą od Kaukazu, jego „Wieże z kamienia” o wojnie w Czeczenii czy rewelacyjne „Dobre miejsce do umierania” o zagmatwanej rzeczywistości życia i wojen zwłaszcza w latach 90tych XX wieku na terenie Kaukazu Południowego to lektura obowiązkowa dla każdego kto interesuje się tym obszarem.

 „Wszystkie Wojny Lary” to książka, którą czyta się jednym tchem. Książka ukazuje tytułową Larę, która na przestrzeni lat stara się różnymi sposobami i w różnych okolicznościach uchronić przed wojną swoich synów. Najpierw przed wojną w Czeczenii, potem przed biedą i wpływami wahabitów w Wąwozie Pankisi w Gruzji. Wysyłając ich do Europy nie mogła przypuszczać, że obróci się to w zupełnie innym, tragicznym kierunku niż tego oczekiwała. Książka to jej opowieść w rozmowie z polskim dziennikarzem, prowadzona w doskonale znanych mi miejscach i dotycząca miejsc które widziałem. Pierwszy raz spotykają się w barze Mcdonalds w centrum Tbilisi, przy al. Rustawelego. To miejsce, w którym bywałem setki razy (bardziej ulica niż wspomniany bar) Wąwóz Pankisi, w którym także rozgrywa się opowieść to dolina położona nad rzeką Alazani, niedaleko miasta Akhmeta, którą zamieszkują gruzińscy Czeczeni. Także miałem okazję tam być i myślę, że warto temu miejscu poświęcić osobny tekst, co zamierzam uczynić w najbliższym czasie. 
Schematyczna mapa rejonu z główną wioską Duisi 

Przez te góry wędrowali uchodźcy z Czeczenii a wraz z nimi bojownicy

Sielski widok - Kaukaz i rzeka Alazani

Nowy, "wahabicki" meczet w Duisi 
Czytając tą książkę oraz kilka innych publikacji w temacie, wertując także książki o wojnach na Bałkanach nasunęło mi się pewne spostrzeżenie. A mianowicie to, jak wojna, nawet nie prowadzona na danym terenie potrafi zniszczyć panujące na nim stosunki międzyludzkie. Na Bałkanach przed wojną żyli obok siebie muzułmanie, prawosławni i katolicy, często żeniąc się między sobą, przyjaźniąc, odwiedzając się wzajemnie z okazji przypadających w danej wierze świąt. Wojna przerwała te relacje a być może na zawsze je zniszczyła. W Wąwozie Pankisi nie było wojny. Ale napłynęły do niej tysiące uciekinierów z ogarniętej wojną Czeczenii. Wcześniej tam także żyli obok siebie wyznawcy islamu i prawosławia i też odwiedzali się z okazji przypadających świąt. Do tego muzułmanie tam mieszkający wyznawali głównie sufizm – pewien odłam islamu. To zmieniło się po przybyciu uchodźców a wraz z nimi „misjonarzy” z Arabii Saudyjskiej. Obecnie wśród młodych przeważa ortodoksyjna wersja islamu, społeczność się podzieliła, starzy chodzą do starego, sufickiego meczetu a młodzi do „wahabickiego” – wybudowanego błyskawicznie za pieniądze z nad Zatoki Perskiej. Ale to tytułem dygresji.
Tak więc, wraz z bohaterami opowieści, podczas kolejnych zakrętów historii podróżujemy przez wspomniany Wąwóz Pankisi, Grozny, Tbilisi aż do ogarniętej wojną domową Syrii. Zestawienie miejsc być może trochę zaskakujące ale niestety wielu młodych Czeczenów wyjechało na tę wojnę. Szerzej o całym zagadnieniu mówi sam autor w znakomitym wywiadzie: 

piątek, 13 listopada 2015

Zamachy w Paryżu

Coś tam wcześniej widziałem w Internecie, jadąc autobusem z Lublina do Krakowa, jakieś informacje o zamachach w Paryżu ale początkowo nie zwróciłem na to większej uwagi. Dopiero teraz, ok. 2 w nocy włączyłem serwis informacyjny i zdębiałem. Na tą chwilę francuskie służby bezpieczeństwa mówią o 140 zabitych!

Jak to się mogło stać w kraju dużo lepiej przygotowanym do walki z terroryzmem niż chociażby Polska? I zmagającym się z tym zjawiskiem od lat? 
Ano mogło. Terroryści są coraz lepiej przygotowani, coraz lepiej wyszkoleni, coraz lepiej wiedzą jak omijać pułapki zastawiane przez służby bezpieczeństwa, jak prowadzić łączność aby różnego rodzaju ośrodki nasłuchowe jej nie przechwyciły. Uczą się. Ale, oprócz tego, w ten czy inny sposób są wśród nas.
Teraz zapewne podniesie się krzyk, że to na pewno imigranci, że to przez to, że ich wpuszczamy itd. Oczywiście, jest to także potencjalne zagrożenie. Ale, jak sądzę, ci którzy dokonali zamachów w Paryżu, zapewne mieli europejskie paszporty, nie wiem tego teraz, zgaduję, ale jakiż to problem? Wczorajszej nocy skończyłem znakomitą książkę jednego z najwybitniejszych polskich reportażystów,  Wojciecha Jagielskiego „Wszystkie wojny Lary”. O niej napiszę osobny tekst. Ale synowie tejże Lary mieli europejskie paszporty, mogli prowadzić spokojne życie w Niemczech ale wybrali dżihad w Syrii, obaj zginęli. A ilu takich wróciło do Europy z wypranymi mózgami?
Piszę to wszystko na gorąco, pod wrażeniem tego co się stało, więc proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie jestem za usuwaniem muzułmanów z Europy, czy innymi drastycznymi posunięciami. Nie każdy muzułmanin to terrorysta. Punktuję tu tylko pewne zagrożenia, które się pojawiają. A służby są od tego aby im przeciwdziałać. Niemieckie BND podawało jakiś czas temu informację o ok. 200 obywatelach Niemiec, którzy przeszli przez wojnę w Syrii i wrócili do kraju. Co teraz robią? W Syrii zginą także co najmniej jeden Polak, tyle że mieszkający w Niemczech. Polak, nie polski arab tylko Polak z krwi i kości, który w Niemczech przeszedł na Islam a jak wiadomo neofici są często najbardziej żarliwi. Gdzieś w mediach pojawiła się też informacja o innym obywatelu Polski zatrzymanym przez służby libańskie. Jak sądzę było to klasyczne „wystawienie” przez nasze służby niewygodnego dla nas obywatela, którego lepiej zatrzymać i „opracować” w kraju, w którym standardy praw obywatelskich oraz praw więźniów nie są aż tak ważną sprawą.
Piszę to wszystko aby uświadomić tym co bardziej wyrywnym i z tą mniej wykorzystywaną powierzchnią zwojów mózgowych, że terrorystami wcale nie muszą być mieszkający u nas czy w Paryżu Algierczycy, Syryjczycy czy Irakijczycy. To równie dobrze mogą być biali, którzy zbyt dosłownie zinterpretowali Koran.
W Polsce zagrożenie, w mojej ocenie jest niewielkie, przynajmniej jak na razie. Zupełnie sztucznie rozdmuchany przez media i niektórych polityków problem uchodźców nas nie dotyczy z prostego powodu: większość z tych, którzy ewentualnie trafią do Polski, przy pierwszej okazji spierdoli do Niemiec, więc ten problem dotyczy nas w niewielkim stopniu. Nie wszyscy muzułmanie to terroryści, nie dajmy się zwariować.
Wczoraj jadłem w Lublinie zajebistego kebaba w syryjskiej knajpie, tak na marginesie. Jest 2:37 w nocy, kilka godzin po masakrze w Paryżu. 


środa, 11 listopada 2015

Spacerem po cytadeli

Ogromny park jaki znajduje się właściwie w centrum Poznania, na końcu Alei Niepodległości robi spore wrażenie. Wrażenie tym większe, że na jego obrzeżach znajdują się liczne cmentarze. Biorąc pod uwagę, że jesteśmy na terenie dawnych fortyfikacji – największego fortu artyleryjskiego w Europie to musze przyznać, że jest co oglądać. A odbywając taki spacer po zmroku to lekkie ciary chodzą po plecach. 


Znajdziemy tu groby żołnierzy radzieckich, polskich a zwłaszcza powstańców wielkopolskich, cmentarz wspólnoty brytyjskiej oraz inne. 




Fort został częściowo zniszczony podczas zdobywanie go przez armię czerwoną w lutym 1945 roku, pozostałe fortyfikacje sukcesywnie rozbierano, ich miejsce zajął park. I mamy dziś ok. 100 ha parku właściwie w centrum miasta. W nim muzeum wojskowości oraz tereny rekreacyjne, idealne do odpoczynku.











Nie dane mi było zobaczyć tego miejsca w słońcu ale w musi być to bardzo fajne miejsce.  

środa, 4 listopada 2015

Smutna rocznica

Irinę poznałem zwyczajnie, jak poznawało ją setki innych turystów, po prostu w hostelu. Lecieliśmy po raz pierwszy do Gruzji i postanowiłem zarezerwować na początek jakiś nocleg w Tbilisi. Znalazłem więc namiar w przewodniku i wysłałem maila łamanym rosyjskim. W odpowiedzi dostałem potwierdzenie rezerwacji i propozycję wysłania po nas kierowcy na lotnisko, na co ochoczo się zgodziłem bo Gruzja była dla mnie wtedy zupełnie nie znanym terenem. Przylecieliśmy samolotem z Kijowa późnym popołudniem. Na lotnisku czekał kierowca z tabliczką „Irina Hostel”. Załadowaliśmy się do samochodu i przyjechali przez rozpalone słońcem miasto na Ninoshvili 19B. Weszliśmy do hostelu razem z kierowcą, Irina siedziała w swoim fotelu, zobaczyła nas wchodzących z kierowcą, przywitała pytaniem –Polsha? Potwierdziłem, wskazała nam pokój. Ot takie zwykłe, kolejni klienci przyjechali.

Czas płyną, my zwiedzaliśmy miasto i chłonęliśmy całkowicie nowe dla nas rzeczy. Gruzja marzyła mi się od dawna ale wtedy nie wiedziałem jeszcze jak bardzo zwiążę się z tym krajem. I jak silnie zaprzyjaźnię się z Iriną. Wynajętym busem zwiedziliśmy Mcchetę i na drugi dzień rano ten sam kierowca miał po nas przyjechać do hostelu aby ruszyć Gruzińską Drogą Wojenną do Kazbegów. Jednak wieczorem korzystając z Internetu z hostelowego komputera dowiadujemy się o starciach w Osetii Południowej. Dodatkowo wracając z Mcchety widzimy na pasie w kierunku Gori pickupy wyładowane wojskiem w pełnym rynsztunku. Rano nasz kierowca a także Irina uspokajają nas, że nic się nie będzie działo, że to tylko takie tam starcia i na pewno zaraz się uspokoi. Jedziemy do Kazbegów a po drodze widzimy obstawione już wszystkie strategiczne obiekty przez gruzińską policję. Sytuacja zdaje się zaostrzać, dostajemy pierwsze alarmujące sms-y z kraju. Na drugi dzień wracamy do Tbilisi, do Iriny. Hostel pęka w szwach. Z uwagi na możliwą ewakuację turystów wszyscy zjeżdżają do stolicy aby skontaktować się ze swoimi ambasadami. Irina robi co może, nikomu nie odmawia gościny, choć jej kwatera pomyślana na pięćdziesiąt miejsc noclegowych, gości teraz ponad osiemdziesiąt osób! Szczytem kreatywności turystów jest…. namiot rozbity na dachu, na który można wejść z jednego z balkonów. Śpię w holu od rana budzą mnie kroki osób udających się do punktów ewakuacyjnych. Także nasza ambasada organizuje dużą ewakuację Polaków i innych obywateli UE a także Ukrainy. My na razie zostajemy. Gdy wieczorem wracamy do hotelu jest już opustoszały. Zostaliśmy tylko my i jakichś dwóch gości z zachodniej europy. Wszyscy jesteśmy ubrani w koszulki z gruzińska flagą. Irinie bardzo się to podoba, robi sobie z nami zdjęcia  dodatkowo trzymając jeszcze polską i gruzińską flagę. Siedzimy z Iriną i jej córką do późna w nocy, moim łamanym jeszcze wtedy rosyjskim i troszkę po angielsku. Irina jest z nas bardzo dumna, że zostaliśmy. Mija kolejny dzień, sytuacja zaostrza się jeszcze bardziej. Mamy lawinę telefonów i sms-ów z Polski abyśmy wracali. Wreszcie uginamy się pod tym ciężarem i rejestrujemy się w ambasadzie na kolejną, ostatnia już ewakuację. Wieczorem siadam z Iriną na balkonie, jest jakby odrętwiała, bardzo się martwi tym co będzie dalej. Zostawiam jej pieniądze za nocleg.
Mija nieco ponad miesiąc i znów jestem w Gruzji. Nie było takiej opcji żebym tam nie pojechał znowu! Irina wita mnie jak kogoś bardzo bliskiego, jak rodzinę. Hostel opustoszały ale jacyś turyści jednak nieśmiało się pojawiają. Gdy po kilku dniach wyjeżdżam, Irina kategorycznie odmawia przyjęcia ode mnie pieniędzy. – Ja od was wtedy w czasie wojny wzięłam pieniądze a potem nie brałam już od żadnych turystów, którzy w czasie wojny tu jeszcze przyjeżdżali więc teraz od ciebie też nie wezmę. Nie było dyskusji.
Od pamiętnego 2008 roku, co rok wraz z przyjaciółmi wracaliśmy do Gruzji. Zwiedzaliśmy intensywnie cały kraj a także państwa sąsiednie ale do Iriny zawsze wracaliśmy. I zawsze byliśmy traktowani jak ktoś bliski, jak rodzina. Później zacząłem robić w Gruzji różne rzeczy więc bywałem tam jeszcze częściej. Hostel się rozwijał, Irina zainwestowała w poważny remont, przyjeżdżali ludzie z całego świata, choć chyba najwięcej Polaków. Zmieniała się także nieco dekoracja w holu, przybywało zdjęć tych najbliższych jej gości, nasze zdjęcie także tam stoi. Po katastrofie smoleńskiej pojawiła się na ścianie polska flaga, po rewolucji na Ukrainie dołączyła do niej także ukraińska.
Ilekroć tam byłem, Irina dzieliła się ze mną różnymi anegdotami wynikłymi z prowadzenia hostelu. Była tego cała masa. Irina mówiła „całym ciałem” więc bez problemu uzupełniało to moje braki w rosyjskim. Wszystko można było zrozumieć. Zawsze serdeczna, zawsze podkreślała, że biznes to jedno ale najważniejsze to pomagać turystom. Zawsze tłumaczyła różnym ludziom jak gdzieś dojechać, polecała zaprzyjaźnione noclegi w innych miastach a jak już nie było miejsca w hostelu a przyszli jacyś nie zapowiedziani turyści to posyłała ich do mieszkania jednej ze swoich córek. Jej hostel był jednym z pierwszych w Tbilisi, opowiadała jak ludzie pukali się w czoło gdy go otwierała, jak mówili, że tu nikt nie przyjedzie. Ona jednak wyczuła moment i w odpowiednim momencie przemian w swoim kraju udostępniła swój dom turystom. Swoje dwupoziomowe mieszkanie, w którym poprzednio prowadziła wraz mężem pracownie renowacji starych mebli, gdzie przychodzili studenci się uczyć tej sztuki, zmienił się w hostel z fantastyczną międzynarodową atmosferą.
Mam ją przed oczami jak siedzi w holu hostelu na swoim fotelu, w którym nie wolno było siadać nikomu poza nią, zwykle z papierosem, dyrygowała całym hostelem. Caryca Irina, królowa turystyki w Gruzji. 


Rok temu nie zdążyłem się z nią pożegnać. Gdy wyjeżdżałem z Gruzji w połowie października była w szpitalu. Wiedziałem, że jest źle ale nie dopuszczałem myśli, że może jej zabraknąć. Miałem nadzieję na cud. 5 listopada dostałem telefon z wiadomością. Od razu poleciałem do Tbilisi aby pożegnać ją na zawsze. I nie było to już to samo Tbilisi. 

PS
Hostel nadal funkcjonuje i zaprasza w swoje progi! Irina Hostel, Tbilisi ul. Ninoshvili 19B III piętro