środa, 2 lipca 2014

Granice...


W jednym ze swoich felietonów Marcin Meller opowiadał o fascynacji, jaką zawsze budziło w nim przekraczania granic państw, o pewnej „magii” tej czynności. Mam podobne odczucia jak on. Granice zawsze były dla mnie czymś ciekawym, czymś co mnie ciągnęło. W latach 80-tych już samo przebywanie w Piwnicznej, która jest strefą nadgraniczną i podglądanie patroli WOP z psami i kałachami wychodzącymi na patrol linii granicznej było dla mnie czymś nie lada atrakcyjnym. Kiedyś granica to był cały ceremoniał.
 
Nawet przekraczając banalną granicę polsko – słowacką czuło się ten dreszczyk emocji, najpierw czy się Słowacy do czegoś nie przyczepią a czepiać się lubili a potem w drodze powrotnej aby nasi celnicy nie przyczepili się lub wręcz nie znaleźli „nadprogramowego” alkoholu wiezionego do kraju. Już w technikum jeżdżąc z kumplem po Słowacji, Czechach, Austrii i Węgrzech zawsze był ten dreszcz emocji – kiedyś za tylnymi siedzeniami w mojej skodzie 105 ( jakoś w połowie lat 90-tych) przemycaliśmy dwa dwudziesto litrowe kanistry z benzyną na własne potrzeby – u nas była sporo tańsza a kasy za dużo nie było. Celnik węgierski na granicy z Austrią zagląda nam do tego schowka i… nic nie mówiąc kazał nam jechać dalej. Musiał widzieć te kanistry ;-)
 

Dziś będąc w strefie Schengen korzystamy z dobrodziejstw wynikających z tej umowy, możemy granicę przekraczać nie tylko na przejściach ale także w każdym punkcie „zielonej” granicy. Granice spowszedniały i przestały być czymś wyjątkowym, budzącym ten dreszczyk emocji. Nie trzeba paszportów a w związku z tym nie przybywa też nowych trofeów z podróży w postaci granicznych pieczątek.
 

Często wyjeżdżam poza Unię więc nie zapomniałem jak wygląda prawdziwa granica. Różne są to granice. Czasem tylko „na sztukę” jak wiele granic na Bałkanach, gdzie np. w Neum bośniaccy policjanci widząc polskie paszporty przeglądają je tylko dla zasady, nawet nie przeciągając przez czytnik, mimo, że poprzedzający nas samochód Chorwatów sprawdzili bardzo dokładnie. Granica polsko – ukraińska to nadal najczęściej jakiś przerost formy nad treścią gdzie często stoi się horrendalnych kolejkach a zwłaszcza kursowe autobusy Lwów – Przemyśl nasi celnicy potrafią rozkręcić prawie na części pierwsze poszukując kontrabandy, zresztą najczęściej zasadnie.

 
 

Swego rodzaju magicznym miejscem jest dla mnie Kremenaros – szczyt góry w Bieszczadach gdzie schodzą się trzy granice: polska, słowacka i ukraińska.
 
Jeszcze kilka lat temu wjeżdżając do Czarnogóry pogranicznicy sprawdzili mi wszystkie możliwe dokumenty z dowodem rejestracyjnym włącznie. Teraz raczej już odpuścili. Za to zawsze przekraczając granicę bośniacko – chorwacką w Starej Gradiszce mój paszport jest starannie oglądany a zdjęcie uważnie porównywane z moją facjatą. Pewnie boją się wpuścić al – kaidę z Bośni ;-)  Gdy Chorwacja jeszcze nie była w UE wracając z Bałkanów pierwszą granicą Schengen była ta z Węgrami. Celnik pyta: - cigarety? Rakija? A ja ze spokojem odpowiadam kręcąc głową: - Nie. Dobrze, że nie wnikał bo jak auto podskoczyło na nierównościach to z bagażnika dobiegał wesoły stuk szkła.

Specyficzną, ale na plus granicą jest granica gruzińska. Zwykle mili policjanci bez żadnych problemów przepuszczają na swoje terytorium, a na lotnisku w Kutaisi dodatkowo mówią po polsku „witamy w Gruzji”. Gruzińska policja jest bardzo profesjonalna i korzysta z szeregu technicznych bajerów. Ormiański naczelnik służby celnej w Bawrze na granicy gruzińsko – ormiańskiej wydając nam wizę, która była jeszcze wtedy potrzebna, po wykonanej przez siebie żmudnej pracy nanoszenia druków wiz do naszych paszportów, zaproponował wszystkim po papierosku mimo wiszącego w jego biurze wielkiego znaku zakazującego palenia. A ponieważ strasznie się rozlało to wysłał tylko mnie z paszportami pozostałych do pograniczników aby wbili pieczątkę, szto by wy nie pramokli. Zaś wracając raz z Gruzji przez Kijów na lotnisku Borispol pogranicznik mówi do mnie: - a co tam Polacy robili w Gruzji? Pogadaliśmy sobie chwilę o gruzińskim winie.

Zaś na granicy z Azerbejdżanem pociąg otoczyli żołnierze a my zastanawialiśmy się jak to będzie bo mimo, że mieliśmy już wizę to mieliśmy też w paszportach wizy armeńskie co robiło z nas automatycznie podejrzanych. Ale kontrola przeszła bezboleśnie, do łez prawie rozbawił mnie koleś z detektorem do wykrywania skażeń jaki pamiętam jeszcze z lekcji przysposobienia obronnego. Szukał bomby atomowej ;-) Inną ciekawostką było przekraczanie granicy Górskiego Karabachu – para-państwa nie uznawanego przez nikogo ale tu też nie było żadnych problemów.
 

Tak więc różnie to bywało na tych granicach i lekki dreszczyk nie raz był na plecach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz